Dlaczego motocykliści nie szanują skuterzystów?

Czy takie zjawisko w ogóle istnieje? Może uważacie, że to bzdura, ale skoro tak, to dlaczego kiedy z naprzeciwka nadjeżdża facet na pojeździe ze stajni Zipp, Kingway lub Peugeot, „lewa w górę” jakoś nie działa? Czy kierowcy tych pojazdów są w czymś gorsi, że nie zasługują na zwyczajowe pozdrowienie?

Ponieważ moja przygoda z silnikowymi jednośladami zaczęła się właśnie od skuterów i trwała ładnych parę lat zanim przesiadłem się na motocykl, mam ogląd problemu z obu stron. I tak. Zauważam lekceważenie ze strony motocyklistów, którzy posiadaczy motorowerów, skuterów, a często wszystkiego co jeździ, a nie ma w ramie przynajmniej pół litra, uważają za amatorów, albo klasyfikują w gromadzie wędkarzy, ewentualnie działkowiczów.

Fot. Pixabay

Zanim zabrałem się za pisanie tego teksu, zapytałem kilku chłopaków, czy mają jakiś problem ze skuterzystami. Pierwsza reakcja niemal we wszystkich przypadkach była taka sama – Co ty? Nie. Luz! Drugie pytanie było bardzo proste: Pozdrawiasz ich tak samo jak motocyklistów?

I okazało się trudniejsze. W 80 procentach przypadków odpowiedź była przecząca. Drążyłem dalej i pytałem: Dlaczego?

To wcale nie tak, że chodzi o małe gabaryty, dwunastocalowe kółeczka i grzecznie złączone kolana, zamiast pozycji na jeźdźca apokalipsy. Usłyszałem na przykład, że skutery i motorowery to w sumie prawie jak rowery, a przecież nie machamy do każdego dzieciaka na rowerze. Przewijały się też inne odpowiedzi, ale po kilku rozmowach zaczął wyłaniać się pewien schemat. Dość zaskakujący.

Okazuje się, że odbieramy kierujących motorowerami i skuterami nieco jak pieszych, albo samochodziarzy, którzy z jakiegoś powodu akurat tego dnia wsiedli na dwa kółka. A decydujący w odbiorze nie jest wcale typ pojazdu, tylko strój kierującego.

Fot. Pixabay

Chodzi głównie o te krótkie spodenki, tanktopy, jakieś klapki lub trampki na nogach, brak rękawic motocyklowych i symboliczny kask – oczywiście bez szczęki, albo minimalistyczny orzeszek. Dla „prawdziwego” motocyklisty odzianego w spodnie z kewlarem, wyposażone w opracowane przez NASA protektory kolan, do tego skórzaną lub tekstylną kurtę podobnej klasy, żółwia i kask nawiązujący do czerepu Predatora, ubrany jak na plażę zawodnik pomykający skuterem jest niepoważny. A niepoważnym ludziom się nie kiwa ręką, no chyba żeby tylko po to, aby zmykali spod świateł kiedy nadciąga prawdziwa kawaleria.

Sądzicie, że przesadzam? Albo sztucznie pompuję temat? Może trochę, ale ostatnio, jak co roku wybrałem się na Harley on Tour. Byłem przejazdem, wracałem z innego wydarzenia i zamiast zwyczajowego, pancernego zestawu motocyklowego, miałem na sobie szorty i podkoszulek. Siadłem w strefie relaksu, gdzie zazwyczaj nawijałem z chłopakami, którzy akurat się napatoczyli.

Zagaiłem parę osób, ale rozmowy zupełnie się nie kleiły. Rozmówcy patrzyli na moje sandały, T-shirt, niebieskie spodenki i temat jakoś szybko się kończył. Nie mówiłem nic specjalnie różnego od tekstów z poprzednich lat. Zresztą wiecie przecież o czym się gada. Na imprezach tego typu to głównie: „Czym już jechałeś?”, „Jak było?”, „Na co jeszcze jesteś zapisany?”, itd. Czyli standard. Ale tym razem nie było z kim pogadać. Ludzie się zwijali i szli gdzieś indziej.

Dopiero kiedy przyjechał mój znajomy i krzyknął: „Stary! Jak ty wyglądasz!” zrozumiałem, że jeśli chcesz być motocyklistą, to musisz być ubrany zgodnie z pewnym dress code, podobnie jak mrówki z korporacji lub kelnerzy. I wiecie co? Jakoś mnie to zasmuciło.

%d bloggers like this: