Czy motocykliści nie są już jedną, wielką rodziną? Jak było dawniej?

Kilka dni temu na naszą skrzynkę pocztową trafiła wiadomość. Asia napisała w niej o zjawisku znieczulicy, którą obserwujemy każdego dnia, niestety również w środowisku motocyklowym. Post Aśki możecie przeczytać poniżej i oczywiście się do niego odnieść na naszym fanpage Facebooka, ale równie ciekawy okazał się jeden z komentarzy…

Paweł opisał swoją przygodę, która wydarzyła się w latach 80. Warto przeczytać. Starsi riderzy pewnie przypomną sobie dawne czasy, a młodsi… być może poczują klimat bez telefonów komórkowych i wszechobecnych mediów społecznościowych, w rzeczywistości zupełnie odmiennej od współczesnych czasów. Mimo że nie było wtedy zaawansowanych narzędzi komunikacji, ludzie byli jakby bliżej siebie.

Wiadomość Aśki

Hej. Dzisiaj mój kolega stał na dwupasmówce w centrum Lublina, na pasie zieleni, bo zepsuło mu się moto. Wszyscy motocykliści, którzy Go mijali, łapka w górę i łycha dalej. Nikt się nie zatrzymał, nikt nie zapytał czy w czymś pomóc. Ja uczyłam się jeździć jeszcze w czasach, gdy było normalne, że jak ktoś stoi, to się zatrzymuję i pytam czy coś się stało. Czyżby teraz było pokolenie assistance? Może warto poruszyć ten temat? PS. Wspomniany kolega zadzwonił do mojego Męża i ten mu pomógł. A może właśnie wszyscy myślą, że jak są telefony komórkowe, to każdy sobie gdzieś zadzwoni i zapewni pomoc, i już nie trzeba się zatrzymywać?
Pozdrawiam. Aśka (Achad)

Komentarz (historia) Pawła

Co tu napisać? Jak jest…? Jest moda na „bycie motocyklistą”. A kto to? Kto jest motocyklistą? W dzisiejszych czasach to ten, który posiada motocykl. I to często niejeden. Szacunek do drugiego „motorzysty” umiera… Opowiem Wam pewną historię. Kiedyś, w 80., może 81. roku podczas moich urlopowych wojaży z dziewczyną, na przerobionym z AWO 425 chopperku, dopadł nas pech… motocykl padł. Po wielu próbach, sprawdzeniu każdej możliwości uruchomienia maszyny, wreszcie się poddałem i postanowiłem, że dziewczyna wraca do Łodzi autobusem PKS, a ja jakoś dopcham go te ostatnie sto kilosów spod Włocławka.

Fot. Paweł Kłos

Od rana pchałem AWO polną droga, na której zatrzymałem chłopa jadącego wozem ciągnionym przez dwa konie. Gospodarz chętnie zgodził się, żebym podpiął się pod wóz i pomału pociągnął mnie do drogi E16. Odstawił mnie do GSa i pojechał dalej w zielone pola. Po chwili na Simsonie DUO 2 podjechał inwalida, który zaczął aż mlaskać z radości, że będzie holował swoim spalinowym wózkiem takiego motóra. Zaciągnął mnie pod Krośniewice…

Przy małej, otoczonej lasem przystani parkingowej zatrzymała się niewiele później siostra zakonna na WSK 125. Na moje pytanie, czy mogłaby mnie pociągnąć kawałek na lince, zadowolona odpowiedziała, że taka pomoc to radość w oczach Boga. Zaciągnęła mnie do Łęczycy. Stałem tam długi czas rozmyślając, co dalej, gdy obok pojawił się ojciec z synem na nowej „EmZetce”. Może dla szpanu, może z ciekawości zagadali do mnie. Okazało się, że jadą do Łodzi, gdzie ja też przecież zmierzałem. Nigdy w życiu nie jechałem tam szybko na AWO, jak tamtego dnia, ciągnięty na lince przez tego młodzieńca na MZ ETZ.

Szczęście się skończyło na wjazdówce do miasta. Pan władza zatrzymał nasz „konwój”. Stwierdził że motocykl nie może być holowany przez inny motor z pasażerem. I miał rację, z władzą się nie dyskutuje, ale mandatu nie wlepił. Wysłuchał mojej historii, ulitował się widząc ubłoconego po samą szyję, zmarnowanego, pechowego chłopaka, który chce dojechać do domu.

Zostało mi może z sześć kilometrów. Zacząłem pchać motocykl, ale dłoń, na której owinięty miałem sznur do holowania, bolała niemiłosiernie. Może po kilometrze podjechał starszy gość na DKW. Zapytał: „Kolego, co się stało? Może jakoś pomóc?” I tak po raz kolejny zawinąłem linkę o kierę, ruszając w kłębach spalin dwusuwowej, starej maszyny. Tym razem już w ostatnim etapie przygody pod tytułem „Powrót na linie”.

Dojechaliśmy szczęśliwie pod bramę domu. Kiedy odczepiałem AWO od leciwego DKW tego dziadka, spytałem odruchowo: „Ile się należy za podwózkę?” Spojrzał zdziwiony i odpowiedział: „Żeby mi starter wpadł w karter! Za pomoc w drodze? Od motórzysty nigdy nic nie biorę, zawsze pomagam. Warto! Kiedyś i ten mój zdechlak padnie.. Wtedy może ty mi pomożesz?”.

Dziadka nigdy więcej nie spotkałem, ale od tego czasu jeszcze nigdy nie odwróciłem się od potrzebujących pomocy. Po prostu trzeba sobie pomagać. Warto pomagać.

Czy dzisiaj nie potrzebujemy już pomocy, bo mamy technologicznie zaawansowane pudełka, dzięki którym można wszędzie i do każdego zadzwonić? Może mieliście przygody podobne do historii Pawła?

%d bloggers like this: