Obniżenie limitów prędkości podczas epidemii koronawirusa? Tego chcą posłowie, ale czy to ma sens?

Grupa posłów KO oraz Lewicy, między innymi przewodnicząca Parlamentarnego zespołu ds. bezpieczeństwa, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, skierowało do Ministerstwa Infrastruktury interpelację, w której proponują wprowadzenie niższych limitów prędkości. Po co? Według posłów miałoby to odciążyć szpitale.

Według posłów niższe limity prędkości oznaczają mniej poszkodowanych w wypadkach, którzy wymagają przyjazdu karetek i hospitalizacji. To oczywiście oznaczałoby mniej pracy dla medyków, którzy potrzebni są obecnie na pierwszej linii frontu w walce z SARS-CoV-2.

Fot. pexels.com

Ciekawe czy posłowie zapoznali się ze statystykami, które wyraźnie wskazują, że ruch samochodowy, a także liczba wypadków znacznie zmalały. Już pod koniec marca Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad przedstawiła porównanie natężenia ruchu na drogach krajowych na początku ubiegłego miesiąca i w jego trzecim tygodniu, gdy w kraju obowiązywały już restrykcje. Po drogach, w zależności od dnia tygodnia, jeździło 25-54 proc. mniej samochodów.

Na niektórych drogach i autostradach ruch samochodowy jest jeszcze mniejszy. W ubiegłym tygodniu ruch pojazdów na płatnym odcinku autostrady A4 między Katowicami a Krakowem był średnio o 64,8 proc. mniejszy niż w tym samym okresie rok wcześniej – wynika z danych Grupa Stalexport Autostrady, do której należy zarządzająca drogą spółka Stalexport Autostrada Małopolska (SAM).

A jak wyglądają statystyki wypadków? W całej Polsce w ubiegłym miesiącu doszło do 1423 wypadków drogowych, w których 1539 osób odniosło rany a 155 zginęło. Ta ostatnia liczba najprawdopodobniej się zwiększy. Statystyki zwykle podawane są z opóźnieniem, bo uwzględniają ofiary do 30 dni po wypadku.

Fot. pexels.com

Gdyby porównać to do danych z marca ubiegłego roku (2079 wypadków, 2418 rannych, 189 ofiar), widać wyraźne spadki. Widać jednak pewne nierówności. O ile liczba wypadków spadła o 32 proc. w porównaniu do marca 2019 r., a liczba rannych o 36 proc., to ofiar jest „zaledwie” o 18 proc. mniej.

Innymi słowy ruch drogowy w okresie epidemii jest mniejszy, mniej jest także wypadków, ale za to mają często poważniejsze konsekwencje. Oczywiście możemy za to obwiniać większą prędkość, którą niezdyscyplinowani kierowcy rozwijają na pustych drogach. Tyle, że to tylko teoria, która nie ma żadnego oparcia w dostępnych danych. Pojawia się również pytanie czy kierowcy, którzy nagminnie łamią ograniczenia prędkości, zaczną się stosować do znaków w chwili, gdy zamiast np. 50 km/h na znaku pojawi się 40 km/h?

A jak wygląda sytuacja w miastach? Ciekawe dane publikuje m.in. transport-publiczny.pl, który wziął na celownik ruch pojazdów w Warszawie. W stolicy również widać spadki, jeśli chodzi o liczbę samochodów. Z pomiarów ruchu, jakie regularnie ZDM prowadzi na rondzie Dmowskiego wynika, że liczba aut zmniejszyła się o połowę. W zwykłym dniu roboczym z ronda korzystało ok. 90 tys. kierowców. W ostatnich dniach jest to zwykle mniej niż 45 tys., co daje obraz zmian w natężeniu ruchu w stolicy.

Fot. pexels.com

Czy zrobiło się bezpieczniej? Tak, ale tak bardzo, jak można oczekiwać po zmniejszonym o połowę natężeniu ruchu. O ile w marcu 2019 r. w Warszawie doszło do 63 wypadków drogowych, to w marcu 2020 r. było takich zdarzeń 48 (spadek o 24 proc.). Osób rannych przed rokiem i obecnie było odpowiednio 73 i 57 (spadek o 22 proc.). Co prawda przed rokiem w marcu zginęło na warszawskich ulicach pięć osób, a w ubiegłym miesiącu tylko jeden kierowca, uczestniczący w karambolu na moście Gdańskim.

Na pierwszy rzut oka widać więc znaczny spadek. To jednak tak małe liczby, że trudno z nich wyciągać wnioski. Ogólna liczba poszkodowanych nie zmniejszyła się jednak tak, jak ruch na ulicach.

Dane ogólnokrajowe rzeczywiście wskazują na prawidłowość, iż wypadki są obecnie groźniejsze w skutkach, ale trzeba podkreślić raz jeszcze, że chodzi o przypadki skrajnego przekraczania prędkości, do czego zmniejszenie limitu prędkości o 5 czy 10 km/h wydaje się nie mieć odniesienia. Czy zatem za nieodpowiedzialność wąskiej grupy kierowców mają odpowiadać wszyscy użytkownicy dróg?

Fot. pexels.com

Niestety pomysł grupy posłów KO raz Lewicy można uzasadnić danymi, które pochodzą z Francji. W 2018 r. we Francji obniżono dopuszczalną prędkość poza terenem zabudowanym z 90 km/h do 80 km/h. Pomiary pokazały, że spowodowało to obniżenie realnych prędkości rozwijanych przez kierowców o 3–4 km/h. To mało, ale wystarczyło żeby zmniejszyć liczbę śmiertelnych ofiar wypadków drogowych o 13 proc. Jeśli w Polsce notowalibyśmy podobne wyniki, zapewne mniejsza liczba poszkodowanym w szpitalach miałaby niebagatelne znacznie dla przeciążonej obecnie służby zdrowia.

Interpelację dziewięciu posłów KO i Lewicy uwzględnia ograniczony czas obniżonych limitów prędkości. Po wygaśnięciu epidemii powrócilibyśmy zatem do poprzednich limitów. Być może zmniejszona liczba ofiar wypadków byłaby jednak pretekstem, aby zachowań nowe, niższe limity prędkości.

Pojawia się jednak wątpliwość, czy w pogodni za lepszymi statystykami i mniejszą liczą przypadków śmiertelnych, posłowie nie zechcą pójść dalej. 30 km/h w terenie zabudowanym i 60 km/h poza nim? Przecież to by oznaczało kolejne, uratowane istnienia! – Bez problemu możemy sobie wyobrazić taką narrację rządzących i najgorsze, że nie mielibyśmy nawet mocnych argumentów, żeby zaoponować…

Fot. pexels.com
%d bloggers like this: