Jeździliśmy elektrycznymi jednośladami Super Soco. To był koszmar czy przyjemność?

Kiedy dostaliśmy od SuperSoco Motocykle Wrocław propozycję przetestowania elektrycznych nowości marki, w pierwszej chwili pomyślałem: Po cholerę? Nawet jeśli świat się zmienia, pozostaniemy wierni śmierdzącym spalinami, przyjemnie hałasującym motocyklom. I tego zdania nie zmieniam. Ale chciałem jednocześnie przekonać się, czy elektryczne jednoślady mogą stanowić jakieś uzupełnienie naszej motocyklowej zajawki. I w tym względzie mam kilka wniosków, które chyba nawet mnie zaskakują. Ale po kolei…

Do testów dostaliśmy dwa modele: TS, który jest odpowiednikiem mocy 50 cm3, i TC Max, który jest elektryczną wersją spalinowego 125 cm3. Nie będę się wyśmiecał na temat ich technicznych parametrów, bo możecie je znaleźć tutaj i tutaj, a poza tym na YouTube są dostępne sensowne testy Super Soco. Natomiast moje pytania powstały z myśli o ewentualnym, drugim jednośladzie w garażu. Czy zaryzykowałbym elektrycznego TC Maxa?

Fot. Inforiders.pl

Odpowiedzi znajdziecie poniżej. Ponumerowałem wszystkie wątki i wytłuściłem tematy, żeby ułatwić Wam czytanie. Jeśli pominąłem jakieś kwestie, które są dla Was ważne, dajcie znać w komentarzach na naszym fanpage Facebooka.

1. Czy Super Soco zalatuje „chińszczyzną”?

Przez mniej więcej dziesięć lat swojej przygody na jednośladach objeżdżałem wszelkiej maści skutery i motorowery, dlatego zetknąłem się z niezliczonymi przykładami niechlujstwa skośnookich producentów. Super Soco nie należy do kategorii badziewia z supermarketów. Właściwie to nawet chciałem stanąć nad TC Maxem, pokręcić głową i powiedzieć coś w stylu – No ale tu to się nie postarali…

Fot. Inforiders.pl

Wykonanie i spasowanie plastików jest bardzo dobre, aluminiowe odlewy, ramię wahacza, przednie zawieszenie z amorami upside-down, zaciski, tarcze, tylny monoshock, felgi, kierownica i lampy – po prostu wszystko wygląda bardzo dobrze, a przynajmniej nie gorzej niż spalinowy odpowiednik 125 cm3 Yamahy albo Hondy. Również takie szczegóły, jak aluminiowe oprawki przełączników, które zazwyczaj są przecież z plastiku, albo teflonowe przewody hamulcowe – potwierdzają dobre wrażenie i wskazują, że tu nie chodziło o cięcie kosztów. Mówiąc prościej, Super Soco – szczególnie wydajniejszy wariant TC Max, nie ma się czego wstydzić, tym bardziej jeśli chcielbyśmy porównywać tańsze odpowiedniki konkurencji.

2. Jak się na tym jeździ?

No dobra – powiecie – ale przecież nie wmówisz nam, że przesiadłeś się z Harleya na jakieś tam Super Soco i było cudownie.

Rzeczywiście. Jest zupełnie inaczej. Oba modele są bardzo lekkie (około 100 kg wraz z baterią), zwarte i w pierwszej chwili miałem wrażenie, że dostałem do zabawy nieco większy rower. To wrażenie pogłębiło się, gdy musieliśmy wyjechać na obwodnicę, żeby dotrzeć do spokojniejszych dróg. TC Max rozpędził się pode mną do nieco ponad 80 km/h i więcej nie chciał. To okazało się ciut za mało, bo po chwili dostałem w plecy i bok wałem powietrza pchanym przez wyprzedzającego mnie tira. Średnio przyjemnie wrażenie.

Fot. Inforiders.pl

Wszystko zmieniło się, gdy wjechaliśmy w rogatki miasta, a potem świrowaliśmy na lokalnych, spokojnych drogach wokół miasta. W galimatiasie ulic Super Soco pokazuje pazur. TC Max rewelacyjnie przyspiesza – moc pojawia się natychmiast i jest jej dużo, trzeba twardo trzymać się uchwytów, żeby nie odfrunąć. Co prawda lewa stopa odruchowo szuka dźwigni zmiany biegów, a prawa chce operować hamulcem, ale to po pewnym czasie przechodzi.

Prostota działania jak w skuterze, natomiast pozycja kierowcy typowo motocyklowa, a właściwie bliższa sportom, bo pochylona do przodu, z oparciem na nadgarstkach. Na dobre wyważenie wpływa fakt, że silnik Bosch TC Maxa znajduje się pośrodku a nie w tylnym kole (jak w TS), co zapewnia dobry rozkład masy. Dodajmy, że napęd przenoszony jest paskiem, czyli jak w moim starym, dobrym H-D.

Fot. Inforiders.pl

Jedyna upierdliwa rzecz podczas jazdy to przełączniki kierunkowskazów, które trzeba za każdym razem przełączyć na pozycję neutralną (lewa-neutral-prawa). Tyle dobrego, ze nie da się o tym zapomnieć, bo „cykanie” jest głośne i po prostu wiadomo, że żółte światła nadal sygnalizują zamiar skrętu. Zegar jest czytelny, chociaż wolałbym żeby cyfry informujące, ile jeszcze zostało energii, były większe.

3. „Bum, bum, bum!” – tego nie ma

Ponieważ mam na pokładzie swojego H-D wydechy Vance & Hines z symbolicznymi db-killerami, na początku odniosłem wrażenie, że elektryczny silnik Super Soco w ogóle nie działa. No i ten brak wibracji. O co chodzi? O tym, że TC Max i TS są gotowe do jazdy, sygnalizuje podświetlony na zielono napis „Ready” na zegarku. Podczas uruchamiania systemu pojawia się również inny dźwięk przypominający melodyjkę Windowsa, ale później o pracy silnika Boscha możemy przekonać się wyłącznie odkręcając manetkę lub spoglądając na zegar. To bardzo, bardzo dziwne.

Fot. Inforiders.pl

Słychać głównie wiatr i odgłosy miasta, ale poza aglomeracją, a nawet w lesie, do którego też się zapuściliśmy, słychać ptaki i inne odgłosy natury – jak podczas jazdy na rowerze. Oczywiście elektryczny silnik również hałasuje, szczególnie przy mocniejszym okręceniu, i brzmi jak mikser na wysokich obrotach, ale ten dźwięk nie jest tak irytujący jak się spodziewałem. Właściwie po pewnym czasie jest nawet przyjemnie.

Fot. Inforiders.pl

Natomiast mniej fajnie jest, gdy na drodze pojawia się więcej pojazdów. Przyzwyczaiłem się, że gdy przejeżdżam pomiędzy samochodami stojącymi w korku, sporo kierowców aut ułatwia przejazd odbijając nieco na bok. Jadąc Super Soco takich przypadków było o wiele mniej. Kierowcy nie słyszą TC Maxa, a jeszcze gorzej, że nie słyszą go również piesi. Teraz lepiej rozumiem, skąd pojawił się pomysł, żeby pojazdy elektryczne były zobligowane przepisami do wydawania dźwięków o określonej, wyższej niż obecnie, głośności.

4. Jaki dystans na jednym ładowaniu?

W cyklu mieszanym Super Soco przejedzie bez problemu ok. 80 kilometrów, chociaż producent deklaruje, że w idealnych warunkach można wycisnąć nawet 110 km. Ponieważ piłowałem TC Maxa głównie na trzecim „biegu”, który zapewnia najwięcej mocy, spodziewałem się, ze poziom baterii będzie spadał dramatycznie, a okazało się, że energia znika powoli i wcale nie czułem się zagrożony przez brak prądu. Poza tym, kiedy na liczniku akumulatora pozostaje niecałe 20 procent, FOC zmienia dawkowanie energii i przełącza tryb jazdy na pierwszy poziom, który oznacza ograniczenie maksymalnej prędkości, ale wydłuża możliwy do przejechania dystans. Standardowe ładowanie trwa 9 godzin, szybki wariant 4-5 godzin, natomiast ładowarkę można zabrać ze sobą – w fałszywym baku znajduje się specjalna przegroda na ładowarkę.

Fot. Inforiders.pl

Zwiększenie zasięgu, a właściwie jego podwojenie, poprzez wymianę akumulatora na świeży, jest możliwe tylko teoretycznie. Aku ma wielkość podręcznej walizki i masę 20 kilogramów. Nie weźmiesz go do plecaka, chociaż rzeczywiście wymiana jest prosta i szybka. Dodam, że trzeba trochę krzepy, żeby wytargać ten blok z ramy motocykla – akumulator wyciąga się od góry i dla przeciętnej przedstawicielki płci pięknej to zadanie raczej niewykonalne.

5. Po co właścicielowi spalinowca elektryczny Super Soco?

Właściwie powinien był zacząć od tego pytania. Mogę mówić tylko za siebie, ale rzeczywiście od czasu, gdy pożegnałem się ze skuterami i przesiadłem na pełnogabarytowe motocykle, brakuje mi małej popierdułki, którą byłaby poważniejszym wariantem roweru. Chodzi mi o krótkie dojazdy, naprawdę symboliczne, choćby do sklepu, na siłkę, szybki przejazd do centrum miasta żeby coś załatwić, spotkać się ze znajomymi. Super Soco, szczególnie w mocniejszym wariancie będącym odpowiednikiem spalinowego 125 cm3, doskonale nada się do takich zadań, o ile dystrybutor wprowadzi jeszcze do sprzedaży kuferek centralny lub boczne – na razie ich nie ma.

Fot. Inforiders.pl

Powiecie pewnie, że skoro mam taką potrzebę, to mogę przecież kupić sobie małego spalinowca. I owszem, ale warto zaznaczyć, że elektryczny Super Soco praktycznie jest bezobsługowy a przejechanie 100 kilometrów kosztuje zaledwie 1,60 zł. Oczywiście akumulator ma ograniczoną liczbę cyklów – jest ich 800. To jednocześnie oznacza, że przez ponad dwa lata można jeździć i niczym się nie przejmować – jeżeli przyjmiemy, że akumulator będzie rozładowywany do cna każdego dnia, a przecież tak nie będzie i aku posłuży dłużej.

6. Ile to kosztuje?

W tej chwili Super Soco ma w ofercie cztery modele. TS to wydatek 12 900 zł, mocniejszy TC Max 19 900. Do wyboru jest jeszcze elektryczny skuter CUx w cenie 11 600 i TC za 14 200 zł. Dwadzieścia tysięcy złotych to na pewno niemała, tym bardziej, że miejskie skutery Yamahy o pojemności 125 cm3, na przykład NMax zaczynają się od 12 tysięcy złotych, chociaż mogą kosztować również ponad 20 000 zł, np. XMax 125 Iron Max.

7. Kawa na ławę: Czy kupiłbym Super Soco?

Jeszcze niedawno elektryczne jednoślady były zdecydowanie droższe i mniej wydajne od pojazdów spalinowych, ale dziś naprawdę miałbym spory dylemat, które dwa kółka wybrać. Na co bym się ostatecznie zdecydował? Powiem Wam szczerze, że nie wiem, ale po zderzeniu z Super Soco nie jest to łatwa decyzja.

Fot. Inforiders.pl

Chińczycy produkują obecnie większość jednośladów, które kupujemy w Europie – zresztą właścicielem marki Super Soco są tak naprawdę Australijczycy. Jakość produktu pochodzącego z Państwa Środka zależy dziś wyłącznie od pieniędzy, które inwestor jest skłonny wyłożyć i widać, że w przypadku Super Soco właściciele z Antypodów nie oszczędzali. Moje wcześniejsze doświadczenia z elektrycznymi jednośladami sprowadzały się do wniosku: Fajna zabawka, ale nic więcej. Dzisiaj nie jest to dla mnie takie oczywiste.

Super Soco, szczególnie w wersji TC Max, to dla mnie jeden z pierwszych naprawdę przyjemnie wyglądających elektrycznych jednośladów, który jednocześnie zapewnia sporo frajdy z jazdy. Bez wątpienia jest też pojazdem praktycznym, który sprawdzi się w przypadku dojazdów do pracy, na uczelnię – po prostu szybkiego, prostego przemieszczania się z punktu A do B.

Fot. Inforiders.pl

Nie wiem czy byłbym równie zadowolony po tygodniu, miesiącu lub roku użytkowania TC Maxa – być może w takim okresie czasu pojawiłby się kwestie lub problemy, których nie ujawnia dzień albo dwa testów. Dziś jestem jednak zdecydowanie bliższy poglądom ludzi, którzy uważają, że dominacja elektrycznych jednośladów jest nieunikniona. I wiecie co? Już się jej tak nie obawiam.

Temat do przemyślenia

Czy tego chcemy, czy nie, świat wokół nas nieustannie się zmienia. Elektryczne pojazdy stają się co raz bardziej oczywistą alternatywą dla pojazdów spalinowych. Dane PZPM, które co miesiąc publikujemy, zawierają również informacje o rejestracjach pojazdów elektrycznych. Z miesiąca na miesiąc jest ich więcej.

Fot. Inforiders.pl

Centra miast co raz częściej wyłączane są z ruchu pojazdów spalinowych lub ruch ten jest wyraźnie ograniczany i to tendencja nasilająca się. Przypomnijmy, że na początku 2018 roku Rząd przyjął projekt Ustawy o elektromobilności, która pozwala samorządom na pobieranie opłat za wjazd do centrów miast. Tak zwane ekostrefy są już faktem, jednocześnie z opłat zwalniani są kierowcy pojazdów elektrycznych, napędzanych wodorem oraz gazem CNG, którzy od 2020 roku dostaną specjalne, zielone (prawdopodobnie) tablice rejestracyjne. Nie ma co liczyć na to, że motocykliści będą traktowani ulgowo, bo nie będą.

Czy to znaczy, że musimy się przesiąść na pojazdy zasilane przez prąd? Oczywiście nie, ale presja będzie rosła. To pewne jak amen w pacierzu.

 

Dziękujemy SuperSoco Motocykle Wrocław za możliwość przetestowania jednośladów, a Bell Helmets Polska i Dobre Sklepy Motocyklowe za udostępnienie kasku. Dodatkowe podziękowania dla Choppers Division za asortyment świetnych T-shirtów i bluz.

%d bloggers like this: