Dwa jednorożce na Hondach GL 125 przejechały już ponad 27 tys. kilometrów. W planach mają drugie tyle

Czy można ruszyć w nieznane, obce kraje niemal z marszu? Dwa jednorożce, czyli Iza i Jan, udowadniają nam, że można. I nikt tutaj nie czaruje.

Inforiders.pl: Chciałbym zapytać o Waszą historię, ale skoro jesteście dwoma jednorożcami, chyba wystarczą tylko imiona. I dlaczego jednorożce, a nie na przykład gołębie, które mają już pewną popularność, choćby w Google Steet View?

Iza i Jan: Super pomysł z gołębiami, nie widziałam wcześniej (śmiech). Iza i Jan! Bardzo nam miło! Pomysł na maski zrodził się dość dawno temu, realizacja potrwała dłużej. Rodziny i znajomi narzekali, że zawsze, kiedy gdzieś jedziemy, nie wiedzą co u nas, gdzie jesteśmy – a my chyba jesteśmy zbyt leniwi, żeby pisać do wszystkich to samo (śmiech). W sieci jest pełno pięknych fotek z krajobrazami, więc takie konto byłoby nudne i nie do końca wierzymy, że potrzeba tego więcej… Oboje nie znosimy selfie – za dużo internetowych narcyzów w dzisiejszych czasach – wymyśliliśmy więc maski – miały być dwa różne zwierzęta – wyszły jednorożce (śmiech). I tak powstało konto pełne selfie – tu się odzywa nasza trochę przekorna natura – lubimy po swojemu.

Fot. Unicorn Travel Madness

Chyba możemy zdradzić, że magiczną krainą, z której wyruszyliście, jest Polska. Wasz plan zakładał, że odwiedzicie całą masę krajów Ameryki Południowej czy modyfikowaliście go po drodze? Gdzie dotychczas byliście?

Z tą Polską to tak nie do końca. Połowa ekipy, czyli Jasiek, jest z Czech. Wylecieliśmy z Pragi – akurat tak się złożyło, że bilety były dużo tańsze. Lot z trzema przesiadkami to jeden z uroków taniego podróżowania. Plan brzmiał: Objedziemy Amerykę Południową z kilkoma miejscami zaznaczonymi na mapie.

Czyli znacznie skromniej niż wyszło w rzeczywistości.

Tak. Życie weryfikuje plany, nie do końca wierzymy, że da się wszystko zaplanować. Trafiamy w miejsca, które niekoniecznie są na turystycznych mapach. Czasami przez przypadek, czasem dzięki ludziom poznanym w drodze. Zaczytywaliśmy się przed wyjazdem na forach w różne tematy, np. w którym kraju, jako obcokrajowcowi, najłatwiej będzie kupić i zarejestrować na własne nazwisko motocykl. I tak trafiło na Peru. Tam zaczęliśmy naszą podróż.

Fot. Unicorn Travel Madness

Mieliście jakiś numer jeden na liście „must-see”?

Patagonia była naszym numerem jeden ale przylecieliśmy w lutym, kiedy lato ma się w tej krainie ku końcowi, więc musiała poczekać. Nie chcieliśmy tak po prostu pędzić żeby tylko coś zobaczyć, zaliczyć, więc postanowiliśmy, że kierujemy się na północ! Pojechaliśmy zwiedzać Ekwador, potem Kolumbię – zakochaliśmy się tam w ludziach i krajobrazach… Wenezuela niestety musiała odpaść – nie tylko ze względów bezpieczeństwa, ale dlatego, że lądowe granice były zamknięte… Następnie wróciliśmy przez Ekwador do Peru, dalej przez Brazylię do Paragwaju i aktualnie jesteśmy w Argentynie.

Zaraz, zaraz! To jak długo jesteście już w podróży, bo chyba mi to umknęło? I jak długo przemierzacie obecnie Argentynę?

Wylecieliśmy na początku lutego bieżącego roku, czyli jesteśmy w drodze od blisko ośmiu miesięcy. A czujemy się jakby to było wczoraj… Tylko wspomnień dużo więcej. Do Argentyny wjechaliśmy dwunastego sierpnia. Bardzo nam się tutaj spodobało i jeszcze trochę czasu tu „posiedzimy”. Obecnie jesteśmy w fajnym miejscu, mało turystycznym, za to pełnym sympatycznych ludzi – Andacollo w północnej części Patagonii. Widoki i drogi cudowne.

Fot. Unicorn Travel Madness

Czyli przez Argentynę jedziecie od blisko dwóch miesięcy. Jedna rzecz mnie ciekawi: Wiedzieliście od razu, że wybierzecie do ciężkiej przecież eskapady Hondy GL125, czy rozważaliście też inne opcje?

Czytaliśmy coś… Chcieliśmy najpierw na nich usiąść i sprawdzić czy to będzie miłość. Mała GL nie „bije po oczach” ale jest w miarę tania i bezawaryjna. Miejmy nadzieję, że do końca naszej wyprawy.

Miejsca na bagaże jest jednak bardzo mało. Co znajduję się w Waszym wyposażeniu?

Przylecieliśmy z pięćdziesięciolitrowymi plecakami, z którymi prawie zawsze wyjeżdżamy. Upchnęliśmy jeszcze wodoodporny rollbag, chyba 30 litrów, z zamiarem trzymania w nim dodatkowych rzeczy. Dokupiliśmy małe tankbagi, bo zaskoczyło nas jak tanio można dostać ten gadżet w Peru, a to bardzo przydatna rzecz. Jedna kolumbijska firma dała nam świetną wodoodporną torbę – więc możemy robić zapasy żywnościowe bez obaw, że się nie zmieścimy. I tutaj wielki ukłon dla zwykłej ludzkiej bezinteresowności.

Fot. Unicorn Travel Madness

A jak upchaliście wszystko na motocyklach?

Nasze “wehikuły” sprzedawane są z fabrycznie montowanymi ochraniaczami kierownicy i silnika, plus mały stelaż za siedzeniem – zupełnie wystarczające. Mieliśmy ze sobą siatki i gumy bagażowe, a plecaki pakujemy w czarne worki na śmieci: 100 procent waterproof.

Czy macie jakieś przygotowanie techniczne? Potraficie poradzić sobie w razie awarii? Czy zabraliście ze sobą części zamienne, narzędzia?

To jest pytanie, na które odpowiedź będzie zaskakująca: Nie mamy przygotowania technicznego. Umiemy naciągnąć łańcuch i zmienić oponę, czasami dziurawiąc przy tym dętkę (śmiech). Wozimy ze sobą zestaw podstawowych narzędzi i kompresor. Mamy dwie maszyny, więc musielibyśmy być strasznymi pechowcami, aby zepsuły nam się obie w tym samym czasie – jakkolwiek naiwnie by to nie brzmiało. Teoretycznie coś wiemy, ale nigdy nie robiliśmy. Wierzcie bądź nie, ale kilka lat temu pojechałam na Islandię swoją dwudziestoletnią „cebulą: bez kluczy i zestawów naprawczych i… Nic nie potrzebowałam. Łańcuch naciągnął mi poznany kolega – naiwna szczęściara (śmiech).

Fot. Unicorn Travel Madness

Drugiego jednorożca wówczas jeszcze nie znałaś?

Nie, poznaliśmy się właśnie na Islandii.

Możecie nam zdradzić, jakie były warunki wypożyczenia jednośladów, jakie to koszty? Jak wygląda sprawa Waszego ubezpieczenia?

Nie wypożyczaliśmy. Jesteśmy właścicielami pojazdów na peruwiańskich blachach. Zakup i rejestracja z ubezpieczeniem nowej GL to koszt około 5500 zł. Niektóre kraje nie wymagają ubezpieczenia, w innych można kupić na granicy, za około 30 dolarów na miesiąc. Na kolejne kilka miesięcy mamy kupione jedno ubezpieczenie obejmujące Argentynę, Paragwaj, Urugwaj, Brazylię i Chile. Koszt to 80 euro za obydwa motocykle na sześć miesięcy. Mamy oczywiście wykupione ubezpieczenie podróżne, bo w życiu różnie bywa i niestety kiedyś się o tym przekonaliśmy.

Fot. Unicorn Travel Madness

Możesz nam jeszcze powiedzieć, gdzie kupiliście motorki? Bo chyba nie weszliście do pierwszego lepszego sklepu motoryzacyjnego?

Po przylocie do Limy i szybkim jej zwiedzaniu wsiedliśmy w autobus do Huanuco. To tam kupiliśmy motory i załatwiliśmy formalności. Z internetowych forów wiedzieliśmy, że podatki i ubezpieczenie w Limie byłoby wyższe. Skorzystaliśmy z lokalnej pomocy w tłumaczeniu i załatwieniu wszystkiego. Dzisiaj myślimy, że moglibyśmy to zrobić bez pomocy, bo właściciel salonu załatwił ubezpieczenie i rejestrację, ale fajnie było mieć kogoś, kto załatwił nam przystosowanie wydechu do jazdy na dużych wysokościach – jakkolwiek by to nie brzmiało po naszemu. Oboje jesteśmy wysocy, więc teraz stwierdzamy, że wyższe moto byłoby wygodniejsze, ale zawsze można wyciągnąć nogi na gmole i poczuć się jak na chopperze (śmiech).

Fot. Unicorn Travel Madness

Który kraj z Waszej dotychczasowej eskapady szczególnie sobie upodobaliście?

Każdy kraj ma w sobie coś co nas urzeka. Kolumbia na pewno jest krajem, w którym moglibyśmy trochę pomieszkać – najmilsi ludzie na świecie, piękne krajobrazy, cudowne wsie i małe miasteczka, a do tego fajny klimat. Dlatego spędziliśmy tam prawie dwa miesiące robiąc dokładnie 5 470 kilometrów. Ale nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa. Jesteśmy już długo Argentynie, która coraz bardziej kupuje nasze serca, a Patagonia ciągle przed nami.

Czy mieliście jakieś problemy z policją, dokumentami, wizami?

Nasz jedyny problem na granicy to pani, która odpowiedzialna jest za wypisanie papierów na wjazd motocykla (import) do Ekwadoru. Akurat trafiliśmy na mycie podłóg. Wszystko znajduje się w jednym budynku, więc mieliśmy pieczątki wyjazdowe z Kolumbii w paszportach, podbity wyjazd moto, ale oficjalnie nie mogliśmy wjechać do Ekwadoru bo babka stwierdziła, że boli ją głowa i nie może pracować – przez chemikalia.

Ciekawe, że byliśmy tam tylko my i inni pracownicy, którzy widocznie nie mają tak wyostrzonego zmysłu węchu. Dostaliśmy w końcu ten import – po prawie trzech spędzonych tam godzinach (śmiech). Babkę okrzyknęliśmy wredną suką i zyskała status najmniej przyjemnej mieszkanki Ameryki Południowej. Poza tym incydentem, same przyjemne doświadczenia. Nie wyglądamy na bogatych turystów, więc jeżeli policja nas zatrzymuje, to tylko żeby pogadać.

Fot. Unicorn Travel Madness

Czy pojazdy psuły się? Jeśli tak, to jakie były okoliczności? Jak sobie poradziliście?

Odpukać, nie mieliśmy problemów poza kilkoma przebitymi dętkami. Najśmieszniejsze jest to, że zawsze psuła się ta sama opona, to samo moto. Po zmianie opony problem się rozwiązał i trzymajmy kciuki aby tak zostało. Regularnie robimy przeglądy, zmieniamy olej i smarujemy łańcuchy. Lubimy te momenty, kiedy zdejmujemy kaski po przyjeździe do serwisu – chciałabym, żeby obcokrajowcy tak czuli się u nas. W Ekwadorze np. w oficjalnym serwisie Honda, ku naszemu zaskoczeniu, umyli, wymienili olej i zrobili nam całkowity przegląd za darmo – motocykle lśniły jak nowe.

Ceny tych serwisów chyba nie są wygórowane? W ogóle ile wydaliście dotychczas na obsługę motorków? Zatrzymujecie się po drodze żeby popracować?

Fot. Unicorn Travel Madness

Do dzisiaj na serwisy, oleje i opony, plus ubezpieczenia ich w niektórych krajach, wydaliśmy około 850 euro – za obydwa motocykle. A serwisujemy regularnie co 2000 kilometrów według zaleceń producenta. Pełny serwis, na przykład w Peru, kosztuje niecałe 80 zł po przeliczeniu na złotówki, więc porównując z cenami u nas aż żal byłoby źle traktować tutaj swoje motocykle.

W Argentynie się trochę zatrzymaliśmy, bo stwierdziliśmy, że jedziemy za szybko na południe – skorzystaliśmy z Workaway i już prawie 3 tygodnie warzymy piwo (śmiech). Tak, wiem, że Argentyna kojarzy się bardziej z winem, ale my jesteśmy czesko-polską ekipą (śmiech). Nie do końca to planowaliśmy, ale jest jeszcze trochę za wcześnie na Patagonię – wiosna się dopiero zaczęła, więc będziemy mieć teoretycznie coraz mniejszą szansę, że nas wiatr zwieje. Za około tydzień ruszamy dalej.

Fot. Unicorn Travel Madness

Ile przejechaliście dotąd kilometrów? Ile jeszcze zostało?

Do tej pory przejechaliśmy 27 150 kilometrów. Ciężko powiedzieć ile zostało, bo myśleliśmy, że przejedziemy jakieś 30 000 kilometrów maksymalnie Prawdopodobnie zaliczymy drugie tyle. Ameryka Południowa to wieki kontynent, a mamy zamiar finalnie wrócić do Peru i sprzedać nasze maszyny, bo tylko tam możemy zrobić to oficjalnie.

Co jest największym wyzwaniem dla Was podczas tej podróży?

Chyba mierzenie się z wiatrem. Pogoda nas nie rozpieszcza, ale pozwala na praktykowanie jazdy w każdych warunkach.

Kaski i ciuchy moto też kupiliście w Peru?

Przylecieliśmy w kurtkach i spodniach moto, butach trekkingowych i bez kasków. Rękawice mieliśmy w bagażu. Kaski dostaliśmy w salonie, w którym kupiliśmy motory, ale średnio wygodnie nam się w nich jeździło, więc w Kolumbii kupiliśmy nowe. Muszę przyznać, że są wygodniejsze niż mój stary w Polsce.

Fot. Unicorn Travel Madness

Znajomość angielskiego w niektórych krajach Ameryki Południowej jest słaba. Jak sobie radzicie?

O angielskim można praktycznie zapomnieć w każdym z odwiedzonych przez nas krajów Ameryki Południowej. Nie znaliśmy hiszpańskiego, teraz potrafimy się zapytać o podstawowe rzeczy albo drogę, ale to wciąż za mało, żeby swobodnie rozmawiać. Wielka szkoda ale ludzie tutaj są tak przyjaźnie nastawieni, że słaby hiszpański i mowa ciała dużo pomagają.

Podobno najlepiej gada się przy jedzeniu. Zapewne korzystacie w pełni z lokalnych, tanich kuchni, również tych na ulicach. Nie mieliście problemów żołądkowych?

Fot. Unicorn Travel Madness

Jedzenie w Ameryce Południowej nas zaskoczyło, zwłaszcza że ja jem mało mięsa, natomiast na tym kontynencie ciężko o bezmięsne dania. Dlatego w Peru miałam straszne problemy żołądkowe co skończyło się na kroplówce w szpitalu. To było dziwne, bo indyjskie jedzenie w Indiach, wprost z ulicy, nigdy nie zmusiło mnie do siedzenia godzinami w toalecie. Generalnie trzymamy się zasady „jedz tam, gdzie lokalni: i to działa w większości krajów bardzo na korzyść żołądka.

W Argentynie najczęściej gotujemy sami. Wychodzi taniej a Jasiek jest kucharzem z zawodu, więc dużo na tym korzystam (śmiech). Często wychodzi tak, że nie mijamy po drodze żadnego miejsca, gdzie serwują jakiekolwiek jedzenie, a od 13 do 18 w całej Ameryce Południowej, a zwłaszcza w Argentynie, ciężko coś zjeść. Dlatego palnik gazowy to bardzo przydatna rzecz. Nikt nie lubi być głodny (śmiech).

Fot. Unicorn Travel Madness

Dużo wydajecie na jedzenie? Chociaż może powinniśmy zapytać – na co wydajecie najwięcej pieniędzy? Jakie były dotychczasowe koszty wyprawy?

I tutaj chyba wszystkich zaskoczymy: Paliwo i woda. Dobrze, że wino w Argentynie jest tanie i dobre (śmiech). Nasz dzienny budżet mieści się w granicach 30-40 euro na dwie osoby, ale mamy w tym wliczone wszystko, w tym zakwaterowanie, jedzenie i picie oraz występy, które czasami są absurdalnie drogie. Do tego serwisy, wymiany opon, oleje, filtry i tak dalej.

Jak się przygotowaliście do podróży pod względem szczepień, przygotowania fizycznego, jazdy na moto?

Jedyną obowiązkową szczepionką jest ta na żółtą febrę. Na lotnisku w Limie nikt co prawda o nią nie pytał, ale przy przekraczaniu granicy z Ekwadoru do Peru, już tak. My akurat mieliśmy książeczki szczepień głęboko w plecakach, więc z czystego lenistwa przekonaliśmy babkę na granicy, że przecież przylecieliśmy i byliśmy w Peru kilka miesięcy wcześniej, więc szczepionki mamy. Uniknęliśmy wypakowywania plecaka. Warto mieć szczepionki na żółtaczki, bo nigdy nie wiadomo do jakiego szpitala się trafi – trzymajmy kciuki oby do żadnego (śmiech).

Fot. Unicorn Travel Madness

Przygotowania fizyczne… Nic specjalnie nie robiliśmy, ale nie mamy pracy, w której siedzimy za biurkiem, więc jakoś to na kondycję wpływa. Motocykle bez problemu podnosimy, nie jest źle (śmiech). I tutaj też pewnie zaskoczenie – nie jesteśmy jakoś specjalnie doświadczonymi motocyklistami, ale wizja objechania kontynentu na moto była dużo silniejsza niż obawy, że coś pójdzie nie tak. W Indiach wypożyczyliśmy Royal Enfield-y na troszkę i chyba wtedy definitywnie obiecaliśmy sobie, że jedziemy na moto zwiedzać Amerykę Południową. Od początku do chwili obecnej ani przez moment nie żałujemy.

Ale chyba jakieś chwile zwątpienia są? Chcemy też posłuchać, że coś Wam się nie udało!

Dzieci szczęścia, prawda? Zapłaciliśmy łapówkę policji w Paragwaju. Nasza wina, że nas zatrzymali, ale też śmieszna sytuacja. Zatrzymał nas funkcjonariusz na motocyklu i kazał jechać ze sobą na posterunek. Mocno zdziwieni pojechaliśmy za mundurowym. Na miejscu okazało się, że zignorowaliśmy zakaz skrętu, którego nie widzieliśmy, więc policjant kazał Jaśkowi jechać za nim, żeby zobaczyć ten nieszczęsny znak. Miał rację – znak był i byliśmy winni. Najśmieszniejsze jest to, że ja jechałam za Jaśkiem, ale pan policjant spisał tylko numery jaśkowego moto i to jemu chciał wlepić mandat. Pokazał nam jakiś papier z wykroczeniami i kwotami za nie. Suma 800 000 guarani, czyli około 120 euro, i tak zwaliła nas z nóg, ale okazało się, że możemy zapłacić połowę.

Zaczęliśmy się tłumaczyć, że nie mamy pieniędzy, że jutro wyjeżdżamy do Argentyny, ale policjanci byli nieugięci. Jasiek zaczął więc żądać kwitu potwierdzającego mandat i skończyło się finalnie 200 000 guarani, to jest 30 euro. Dołączyliśmy więc do całej rzeszy turystów narzekających na skorumpowaną policję w Paragwaju, ale musimy przyznać, że gdybyśmy zauważyli znak, nie mielibyśmy żadnych przykrych doświadczeń. Za gapiostwo się płaci.

Fot. Unicorn Travel Madness

Inna sytuacja, z samego początku wyjazdu. Jak już wspomniałam, zaczęliśmy naszą moto wycieczkę w Huanuco. Ponieważ luty i marzec to czas pory deszczowej w Peru, nie chcieliśmy przejechać Cordillera Blanca bez możliwości gapienia się na majestatyczne wysokie szczyty gór i postanowiliśmy ruszyć drogą 12A ku północy (wiedzieliśmy, że do Peru wrócimy, a góry nie uciekną). Utknęliśmy w małej wiosce z powodu obsunięcia ziemi i skał. Lokalni mieszkańcy twierdzili, że naprawienie drogi zajmie ponad miesiąc, ale doradzili nam alternatywną drogę, dłuższą o jakieś sto kilometrów.

Następnego dnia radośnie wyruszyliśmy, ale natrafiliśmy na kolejna katastrofę tego samego rodzaju, która zniszczyła drogę. To nie mogło się udać więc wróciliśmy do punktu wyjścia. Dopiero dwa dni później udało się nam przedostać na drugą stronę masywnego zawału z pomocą lokalsów. Kosztowało to nas sto złotych, ale sami nie dalibyśmy rady. Dzisiaj śmiejemy się, że to jednak przygoda i na pewno tego nie zapomnimy.

Fot. Unicorn Travel Madness

Jak reagują ludzie, kiedy w magiczny sposób zamieniacie się w jednorożce? Czy maski przydały się Wam w innych okolicznościach poza zdjęciami?

Wywołujemy dużo uśmiechu. I czasami pozujemy do fotek. Ludzie tutaj są bardzo mili, a maski często ich ośmielają żeby zagadać. Dostaliśmy kiedyś przez Instagram zaproszenie na imprezę w Londynie, wyłącznie z powodu masek – chyba ludzie chcą wierzyć w jednorożce.

Wyspy Brytyjskie byłyby chyba za małe dla takich dwóch magicznych stworzeń…

Za duże kolejki na londyńskich lotniskach, dlatego omijamy (śmiech).

Fot. Unicorn Travel Madness

Kiedy wracacie do kraju, gdzie możemy śledzić Waszą podróż?

Nie mamy jeszcze biletu powrotnego, więc ciężko dokładnie powiedzieć. Prawdopodobnie marzec albo kwiecień, ale mamy ten komfort, że nie musimy wracać do pracy, bo jej nie mamy (śmiech). Nasza objazdówka może się wydłużyć. Chyba tak to działa, że przy realizowaniu jednego z marzeń rodzą się kolejne… Podglądać nas można tutaj – https://www.instagram.com/unicorn_travel_madness

Ale kiedy wrócicie wreszcie do codzienności, do kraju, będzie Wam chyba ciężko się dostosować? No i okazji, żeby wcielić się w jednorożce, będzie o wiele mniej?

Po powrocie zagramy w Lotto, może nie będziemy musieli wracać do pracy. Na szczęście świat jest wielki, więc dużo jeszcze do objechania. Afryka ciągle czeka, a my byliśmy tylko w dwóch krajach na tym kontynencie. Wiemy na pewno, że zrobimy to ponownie na dwóch kółkach, czy raczej 2 x 2. Nie będziemy udawać, że jesteśmy pracusiami – powrót do roboty zawsze jest ciężki…

Fot. Unicorn Travel Madness

Życzymy Wam zatem wygranej w Lotto, a teraz bajkowej podróży i samych czarodziejskich przeżyć. A i poprosimy jeszcze jakąś specjalną fotkę. Może z jednorożcami i magicznym napisem „Inforiders.pl” z argentyńskich kamyczków?

Dziękujemy! I obiecujemy fotki z Patagonii!

%d bloggers like this: