Pół wieku później: Dlaczego „Easy Rider” nie ma już znaczenia

W USA niedawno obchodzona była 50. rocznica filmu w reżyserii Petera Fondy i z tej okazji obraz pojawił się w 400 salach kinowych w całym kraju. Jednocześnie media i strony internetowe takie jak Forbes, Ultimate Motorcycling, Variety – opublikowały artykuły, w których przypomniały chwalebne miejsce w historii, jakie „Easy Rider” osiągnął przez swoje przesłanie. Ale czy dziś „Swobodny jeździec” nadal jest manifestem poszukiwania wolności przez młodych ludzi? Czy wciąż nam o tym mówi?

Easy Rider to film kultowy, o którym pisaliśmy kiedyś: „Absolutny klasyk, który właściwie nie potrzebuje żadnej reklamy. Dzięki obsadzie na najwyższym poziomie – Peterowi Fondzie, Dennisowi Hopperowi, Jackowi Nicholsonowi – i przesłaniu moralnemu dla nas wszystkich, niewiele filmów może tak definitywnie zmienić postrzeganie życia. To jeden z tych obrazów”.

fot. Easy Rider

Film był wielkim sukcesem. W 1969 roku, tuż po premierze, dziennikarze tacy jak Roger Ebert, porównywali „Easy Ridera” do największych amerykańskich westernów, które w USA należą do najbardziej czcigodnego gatunku filmowego ponieważ stanowią ważną część tamtejszej kultury i tożsamości narodowej.

Na początku lat 70. film Fondy miał znaczenie, bo miał coś do powiedzenia. Rzucał Amerykanom prosto w twarz (ale przecież nie tylko nim), że za odmienność mogliby zabić, ale też opowiadał o drodze, której tęsknotę odczuwali wszyscy młodzi ludzie, niezależnie od tego, na którym kontynencie mieszkali. Również dziś kulminacyjna scena filmu robi wrażenie, ale czy awangardowa, kontrkulturowa sztuka w dzisiejszym świecie wylewających się zewsząd treści ma znaczenie? Otóż nie, a powód tego jest dwojaki.

Po pierwsze i najważniejsze chodzi o reakcję łańcuchową, która miała miejsce po tym, gdy kilku facetów z południowej Kalifornii wyprodukowało film za 400 tysięcy dolarów. „Easy Rider” zarobił na całym świecie 60 milionów dolarów – licząc jedynie wpływy ze sprzedaży biletów kinowych! Ten sukces przyciągną wielu ludzi z pieniędzmi, którzy chcieli mieć ich jeszcze więcej, a więc postanowili odtworzyć sukces „Easy Ridera” wszelkimi środkami.

fot. Easy Rider

W następnym półwieczu studia i marki zabrały od amerykańskiej młodzieży ich manifest, aby przekształcić go w formę rynkową. Eksplozja motocyklowych filmów klasy B w latach 70. i 80. była tego najlepszym dowodem. Oczywiście pamiętamy, że Fonda i Nicholson już wcześniej próbowali swych sił w „The Wild Angels” i „Hell’s Angels on Wheels”, ale to były zaledwie próby, za pomocą których badali nowe środowisko.

Niestety po spektakularnym sukcesie „Swobodnego jeźdźca” rozpoczął się wyścig o wykorzystanie nowej formy sztuki, który przyspieszył w latach 90. i później – dzięki globalizacji oraz postępowi technologicznemu. Ważne pytania zostały zastąpione przez mniej ważne i trwało to aż do 2008 roku, kiedy dotarliśmy do jednego z najistotniejszych momentów współczesnej historii filmu.

YouTube? Iphone? Netfilix? Wszystko te zjawiska oraz Internet przyczyniły się do tego, że niewiele z osób poniżej 25 roku obejrzało „Easy Ridera” od początku do napisów końcowych. Nie wierzycie? Zapytajcie. Ale prawdziwym punktem zwrotnym jeśli chodzi o eksplozję filmów motocyklowych, które nie mają nic do powiedzenia, było wydanie Canona 5D Mk w drugiej połowie 2008 roku.

fot. Easy Rider

To prawdopodobnie fakt, którego nie zanotowaliście, ale jest to powód gwałtownego wzrostu niezależnego kina i przejścia większości znaczących mediów na ruchomy obraz, co miało miejsce pod koniec poprzedniej dekady.

Krótko mówiąc, dzięki temu, że 5D Mk był pierwszą pełnoklatkową lustrzanką cyfrową 35 mm, która nagrywała filmy w jakości Full HD, niemal dla wszystkich pojawił się dostęp do narzędzi kinowych i obniżył barierę wejścia na ten rynek. To była rewolucja, a raczej zjawisko podobne do hord mongolskich przedzierających się przez Wielki Mur Chiński. Amatorzy filmowania na całym świecie uzyskali dostęp do kamery, która zapewniała jakość zarezerwowaną wcześniej dla elity programów telewizyjnych i najlepszych widowisk kinowych. I zaczęli produkować jak najęci.

W ciągu kilku lat od premiery kamery Canona nakręcono wiele pełnometrażowych filmów. Ten punkt zwrotny w ewolucji mediów cyfrowych przyczynił się, przynajmniej w pewien sposób, do drugiego powodu, dla którego „Easy Rider” nie ma już znaczenia. Motocykle po prostu nie są już tak fajne, jak kiedyś. Konsumujemy i jesteśmy konsumowani. Staliśmy się towarem, tak samo jak dwa koła, którym daleko do ducha sprzed dekad.

fot. Easy Rider

Ważne pytania i odpowiedzi zastąpiły niekończące się, miałkie rozmowy o to, co powiedział lub zrobił jakiś bohater „Sons of Anarchy” czy „Mayans MC” w piątym lub siódmym odcinku sezonu. Romantyczny, buntowniczy charakter motocykli skończył się zastąpiony przez ciągnącą się bez końca serię obrazków, które analizują tylko najwytrwalsi fani motocykli. Zresztą nawet nie wiadomo po co.

W dobie mediów społecznościowych puchnących od bezsensowych treści, których mniej lub bardziej świadomie jesteśmy odbiorcami, mamy co raz mniej czasu na poszukiwanie czegoś wartościowego. Nawet jeśli trafimy na film, to najczęściej jest to kolejna część „Szybkich i wściekłych” lub inny przebój, który składa się zasadniczo z dwóch wątków – bohaterów ktoś leje po mordzie a potem bohaterzy leją kogoś po mordzie.

Co raz szybciej przewijamy obrazki na telefonie oglądając Facebooka, Instagrama lub Snapchata. Czytamy tylko nagłówki, filmy oglądamy po kilka sekund i włączamy kolejny, bo jest ich przecież dziesiątki, setki i tysiące. To samo robimy z muzyką, którą kiedyś przecież zbieraliśmy na bezcennych płynach i kolekcjonowaliśmy. Filmy oglądamy i zapominamy, za to podążamy za nowinkami, które wyświetlają nam się najczęściej dlatego, bo ktoś za to słono zapłacił. Zalewają nas informacje, wiadomości, pytania i odpowiedzi. Ale nie zastanawiamy się nad nimi dłużej niż chwilę, bo pojawiają się już kolejne.

fot. Easy Rider

Młodzi ludzie nie potrzebują już szukać wolności, bo teraz trudniej jest znaleźć jakieś granice niż ograniczenia. Nawet jeśli wydobędą „Easy Ridera” z kanału, na którym mają opłaconą subskrypcję, powolna narracja filmu, do której nie są przyzwyczajeni, znudzi ich po 5 minutach. „Easy Rider” stał się wyblakłą kliszą, a ważne pytania i poszukiwanie odpowiedzi nie ma już znaczenia. Teraz liczą się lajki.

%d bloggers like this: