To już dziewiąta odsłona Wrocław Motorcycle Show. Jak wypadła na tle poprzednich i konkurencji?

Ponieważ jestem wrocławianinem od zawsze i byłem na większości edycji Wrocław Motorcycle Show, które po prostu lubię, mogę być do bólu stronniczy i zupełnie się z tym nie kryć. Z drugiej strony mam perspektywę wcześniejszych odsłon WMS i widzę jak motocyklowe święto w stolicy Dolnego Śląska zmienia się i ewoluuje. Czy idzie w dobrą stronę? 

Motocykle to specyficzna nisza, którą w Polsce interesują się albo bogaci ludzie, albo pasjonaci z niekoniecznie zasobnym portfelem. Oczywiście dochodzą jeszcze osobistości mniejszego i większego kalibru ze świata sportu oraz praktycy, czyli szeroka grupa odbiorców, którym silnikowe jednoślady potrzebne są do dojazdów do pracy, na działkę, albo małą wyprawę poza miasto – kiedy jest ładna pogoda.

To oczywiście bardzo uproszczony schemat, ale moim zdaniem odpowiadający rzeczywistości. I z tym wiąże się pewien problem, bo facet, który ma w garażu Porsche Cayenne i przychodzi na targi obejrzeć limitowaną wersję Dragstera 800 RR Pirelli, ma z oczywistych względów inne oczekiwania niż Kowalski, który chce porównać na miejscu motorowery Junaka i Rometa. Stąd bierze się sporo nieporozumień i polaryzacja w ocenie takich wydarzeń jak Wrocław Motorcycle Show.

fot. bandit71

Ponieważ na początku marca w podwarszawskim Nadarzynie odbyła się druga odsłona Warsaw Motorcycle Show, siłą rzeczy pojawia się ciśnienie na porównania. Na dodatek już za  tydzień startuje Poznań Motor Show, na którym motocykle reprezentowane są bardzo szeroko. Wrocław znalazł się dokładnie pośrodku i nie ma co ukrywać, że jest wydarzeniem o mniejszym prestiżu, zapleczu i jakości, ale za to jest znacznie bliżej… ludzi.

Dawna zajezdnia tramwajowa Dąbie to obiekt nie tylko zabytkowy, ale też wymagający remontu lub odrestaurowania, bo z zewnątrz sprawia wrażenie, jakby został porzucony przez tramwajarzy wiele lat temu i przez wszystkich zapomniany. Stare, żółte od nacieków umywalki kryjące się za motocyklowymi banerami, tramwajowe szyny pod czerwonymi chodnikami, miniona chwała Breslauer Omnibusgesellschaft, a następnie Zakładów Komunikacyjnych Miasta Wrocław, może zagęszczają atmosferę, ale nie każdy ją doceni.

fot. Inforiders.pl

Gości na pewno irytowały problemy z parkowaniem samochodów, których setki znalazły się ostatecznie na okolicznych trawnikach, co wywołało gniew okolicznych mieszkańców i burzę w lokalnych mediach. Wąskim gardłem okazały się drzwi prowadzące do hali A oraz przejście pomiędzy A i B, które było zakorkowane jak za czasów PRL, gdy w mięsnym pojawiała się na chwilę podwawelska sucha. Na dodatek w pierwszy dzień pogoda była pod psem, dopiero w niedzielę zrobiło się ciepło i słonecznie, dzięki czemu więcej ludzi mogło korzystać z terenów zewnętrznych.

Mimo kilku niedociągnieć, moim zdaniem miejsce sprawdziło się znakomicie. Tak, w wąskich przejściach ludzie momentami byli upakowani jak sardynki w puszkach, ale dzięki temu nie można było obejść szerokim łukiem wystawców i ich asortymentu. Goście i wystawcy byli ze sobą cały czas wymieszani, a to prowokowało do rozmów, zapytań i dyskusji. Wrocław ma inny klimat niż Warszawa (o pardon, Nadarzyn). Na WMS znika gdzieś dystans i bariera z kartkami „Proszę nie siadać na motocyklu!”. Po prostu jest luźno i wesoło, a atmosfera przypomina raczej rodzinny piknik niż wielkie motocyklowe wydarzenie i show. Co roku jeżdżę do Poznania, teraz również do Warszawy, zawsze jestem we Wrocławiu. I wiecie co?

fot. bandit71

To w stolicy Dolnego Śląska czuję najmocniej, że spotykam ludzi, którzy chcą dzielić swoją pasję z innymi i są to zarówno przedstawiciele motocyklowych koncernów, jak i goście WMS. I za to chyba trzeba Wrocław Motorcycle Show podziękować, bo nie stara się na siłę równać do konkurencji, pozostając wydarzeniem lokalnym i w swoim niepowtarzalnym stylu niezależnie od tego, czy odbywa się w Hali Stulecia, czy w zajezdni Dąbie.

Jak prezentowały się boksy motocyklowych marek? W niektórych przypadkach nieco chaotycznie, jak na przykład strefa Inter Motors, ale biorąc pod uwagę liczbę wystawców oraz możliwości obiektu, wyszło całkiem nieźle. Na niewielkiej strefie H-D pojawił się miedzy innymi tegoroczny Sportster 883 i Street 650 w lekko zmienionym malowaniu. Był też oczywiście prezentowany na warszawskich targach, jeszcze gorący Harley-Davidson FXDR 114 z rodziny Softail. Do tego świetna ekipa z Harley-Davidson Wrocław Appaloosa, która nigdy nie zawodzi.

fot. bandit71

Stoisko Yamahy we Wrocławiu zawsze wyglądało bogato. Tym razem ekipa Motorlandu musiała zmieścić się na o wiele mniejszej przestrzeni, ale udało im się upchnąć swoje przebojowe motocykle w taki sposób, aby można było każdy sprawdzić, dotknąć lub dosiąść. Zobaczyliśmy przedpremierowy model Tenere 700 (premiera w lipcu), nowe malowanie Ice Fluo całej rodziny M-T. Do tego gorący wariant Tracera 700 w wariancie GT, a z szybszych maszyn premierę R3 na 2019 rok. Dodajmy jeszcze do tego Nikena i skuter Iron Max występujący w pojemnościach 125, 300 oraz najmocniejszej 500 cm3. Nieźle.

Indian to przede wszystkim FTR 1200. Ten motocykl zawojuje świat, a przynajmniej mocno namiesza w swojej kategorii. Warto zaznaczyć, że goście wielkiego wydarzenia, jakim były targi Warsaw Motorcycle Show 2019, mogli podziwiać tylko standardowy model tego motocykla, natomiast we Wrocławiu każdy kto chciał, mógł obejrzeć i wsiąść na wariant FTR 1200 S! Uwagę gości przyciągał też na pewno potężny Chieftain w niezwykłym, krwistoczerwonym malowaniu.

fot. Inforiders.pl

Warto jeszcze zwrócić uwagę, że przestrzeń wystawienniczą Indiana dzieliła również marka MV Agusta, którą w Polsce reprezentuje ta sama firma co Indiana. Dzięki temu mogliśmy podziwiać piękną, limitowaną wersję MV Agusta Dragster 800 RR Pirelli w czarno-żółtym malowaniu…

Również stoisko BMW zawsze prezentuje się znakomicie niezależnie od miejsca i czasu. Tak też było we Wrocławiu, gdzie prezentację praktycznie nowego, zaprojektowanego od zera S1000RR, poprowadził Maciej Merkur, ale obok sceny znalazła się cała plejada dwukołowych przebojów Bawarczyków. Przede wszystkim zobaczyliśmy kolekcję nowych bokserów od najpopularniejszego R1250GS i GS ADV. Do tego Roadster R1250R i Sport R1250RS. Wszystkie w standardzie mają system Connectivity z ekranem 6,5”.

Warto też wspomnieć o skuterze C400GT, który w cenie nieco poniżej 40 tys. zł posiada takie dodatki jak podgrzewany fotel i manetki, system bezkluczykowy, światła LED i ekran Connectivity z nawigacją przesyłaną ze smartfona.

Honda miała dużo do powiedzenia i to poczynając od małych ale jakże znaczących pojemności, czyli słynnego modelu Super Cub, przez świeże spojrzenie na CBR 650R, po potężny wariant CB 1000R. Trochę inaczej wypadli Włosi. Park maszynowy Ducati był znacznie skromniejszy niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni, ale za to zobaczyliśmy niezwykłą wersję Panigale V4R na 2019 rok. Ten motocykl osłodził brak kilku znaczących modeli, na które liczyliśmy we Wrocławiu.

fot. Inforiders.pl

Stoisko Suzuki również było raczej skromne, chociaż GSX S 1000F to bezapelacyjna gwiazda marki z Hamamatsu, a jeżeli ktoś preferuje bezdroża ponad gładki asfalt, to mógł się przymierzyć do V-Storma. Było warto.

Austriacki KTM zaprezentował niewielki fragment swojej oferty motocyklowej, na dodatek przenikał się z Ducati, co nie robiło dobrego wrażenia. Te marki powinny być jednak traktowane osobno. Co ciekawe jeden rodzynek tej marki, czyli KTM 1290 Super Duke, znalazł się również w strefie naszej konkurencji.

Znaczące na naszym rynku a praktycznie nieobecne we Wrocławiu były nasze „rodzime” marki, czyli Junak i Romet, ale nikt chyba specjalnie nie odczuł, że nie dojechały. Mocno brakowało za to Triumpha, który w zeszłym roku miał w Hali Stulecia całkiem sporo miejsca na swoje modele. Rozczarowani byli też zapewne wielbiciele Kawasaki. Cóż, nie można mieć wszystkiego.

fot. bandit71

Z dodatkowych atrakcji należy jeszcze wymienić bogaty i ciekawym w moim odczuciu komplet gości targów, których można było posłuchać na scenie WMS2019. Pojawili się między innymi Ania Jackowska, Grzegorz Kumanek, Marcin Głowacki, Maciej Dop. Ci ostatni wystąpili również na terenach zewnętrznych prezentując swoje niesamowite umiejętności i opanowanie motocykli.  Maciej „Dop” Bielicki potrafi wycisnąć ze swojego Harleya-Davidsona Street Rod 750 wszystkie soki i udowadnia, że nie musi to być jedynie łagodny kanapowiec przeznaczony do miejskiej jazdy.

Wrocław Motorcycle Show krzepnie na mapie motocyklowych wydarzeń w Polsce. Może nie rośnie w siłę, ale staje się punktem, w którym po prostu trzeba się znaleźć na początku motocyklowego sezonu. Oczywiście zawsze znajdzie się parę problemów i niedociągnięć, ale przecież przy takiej skali organizacji i liczbie wystawców oraz gości problemy są nieuniknione. Wiem jedno. Na rocznicowej, dziesiątej edycji Wrocław Motorcycle Show, również się pojawię. Obowiązkowo.

fot. bandit71
%d bloggers like this: