Jak Amerykanie wymienili Harleya na indyjskie mango i dlaczego przyszłość spalinowych motocykli jest niepewna

Harley-Davidson ogłosił w lipcu radykalny plan ofensywy, który ma zapewnić rzesze nowych klientów, zwiększyć globalną obecność marki i oczywiście poszerzyć znacząco park maszynowy, również o kategorie dotychczas nieeksplorowane. Jak amerykański dominator zamierza to zrobić?

Do 2020 roku Harley-Davidson planuje rozpocząć produkcję jeszcze nienazwanego modelu o pojemności 250 cm3, przeznaczonego wyłącznie do sprzedaży w… Indiach – obecnie największym na świecie rynku silnikowych jednośladów. Ogromne rządowe inwestycje w infrastrukturę drogową i dynamicznie rozwijająca się gospodarka doprowadziły do tego, że dziś w Indiach średnia sprzedaż motorowerów i motocykli wynosi 48 000 sztuk. Ale nie rocznie czy miesięcznie. To średnia sprzedaż dziennie!

fot. Young Machine

Gigantyczny, chłonny rynek dawnej indyjskiej kolonii otworzył się przed Harleyem właściwie już dawno. W 2007 roku USA dogadały się z Indiami. Harley-Davidson mógł rozpocząć sprzedaż motocykli Hindusom w zamian za otwarcie amerykańskiego rynku dla… owoców mango pochodzących z indyjskich upraw. Otóż Stany Zjednoczone nie wpuszczały przez dwie dekady mango z Indii z powodu zbyt wysokiego poziomu pestycydów przy ich uprawie. Z kolei Indie zamknęły swój rynek dla Harleya-Davidsona tłumacząc to wymaganiami ochrony środowiska. Mała wojenka handlowa skończyła się 11 lat temu, ale zgadnijcie kto lepiej na niej wyszedł?

Indie zaczęły z powodzeniem sprzedawać swoje słodkie owoce grubym Amerykanom ale wbrew oczekiwaniom, Hindusi wcale nie rzucili się do salonów kupować wielkie krążowniki made in USA. Kombinacja dużych pojemności – znacznie mniej popularnych w Indiach, oraz wysokich cen, skutecznie ich do tego zniechęciła. To ma się teraz zmienić nie tylko za sprawą nowego motocykla 250 cm3.

Pomarańczowa firma z Milwaukee zakończyła niedawno budowę zakładu na południe od Bangkoku, co pozwoli Amerykanom na skorzystanie z indyjskiej umowy o wolnym handlu z Tajlandią. Dzięki temu prostemu posunięciu nowe motocykle ze znaczkiem H-D mogą być teraz produkowane w Tajlandii, a następnie sprzedawane w Indiach i innych krajach Azji Południowo-Wschodniej przy minimalnych lub żadnych obciążeniach podatkowych.

Fot. materiały prasowe

Oczywiście otwarcie nowego zakładu wywołało fale krytyki ze strony amerykańskich mediów a nawet administracji prezydenta – łącznie z nim samym, tym bardziej, ze termin uruchomienia zakładu zbiegł się z zamknięciem fabryki w Kansas City.

Marc McAllister, wiceprezes ds. rynków międzynarodowych musiał z tego powodu gęsto się tłumaczyć i setki razy powtarzać swoją mantrę: „Oczywiście chcielibyśmy budować każdy motocykl w Stanach Zjednoczonych, ale jako firma musimy dokonywać trudnych wyborów, aby upewnić się, że jesteśmy konkurencyjni na rynkach poza USA”.

Mówiąc krótko, podczas gdy motocykle H-D sprzedawane w Stanach Zjednoczonych będą nadal montowane w USA, maszyny sprzedawane na innych rynkach powstaną w fabrykach Harleya-Davidsona za granicą, co ma pozwolić utrzymać konkurencyjne ceny.

Czy dostęp do Indii poprzez furtkę w Tajlandii i niższe dzięki temu ceny pozwolą marce H-D stać się ostateczną opcją premium w Indiach? To nie jest takie oczywiste, bo amerykański gigant musi powalczyć choćby z Triumphem i Ducati. Triumph rozpycha się na lokalnym rynku również w segmencie low-cost dzięki partnerstwie z Bajaj Auto, które teoretycznie daje mu przewagę.

fot. Harley-Davidson

Jeśli teraz zastanawiacie się przypadkiem, dlaczego nasz Romet (partner Bajaj Auto) nie atakuje Indii swoim asortymentem, to szybko tłumaczę, że po pierwsze jest wielokrotnie mniejszy, a po drugie motocykle Rometa pochodzą w istocie z Chin i nie są osiągnięciem naszej myśli technicznej. Wracając do Harleya-Davidsona, to poza zagranicznymi markami musi się również zmierzyć z lokalną potęgą w kategorii premium. Royal Enfield sprzedaje więcej motocykli w Indiach niż KTM, BMW, Triumph, Ducati i H-D łącznie!

Walka dopiero się rozpoczyna. Sukces ekspansji Harleya-Davidsona na gigantycznym rynku nie jest przesądzony, tym bardziej, że Indie i Chiny ogłosiły plan wprowadzenie zakazu sprzedaży nowych silników spalinowych do 2030 roku. Jak te deklaracje wpłyną na motocykle napędzane benzyną i co z długofalową polityką firmy? To niełatwe pytanie, a dla Harleya-Davidsona być może kwestia życia i śmierci, bo żeby przetrwać musi rosnąć – na rodzimym rynku to obecnie niemożliwe.

To może przyszłość jest elektryczna? LiveWire już jest produkowany w York w Pensylwanii. Nie wszyscy dealerzy będą go oferować, ale ci którzy to zrobią mają zainstalować w salonach stacje ładowania Level 3 – czyli najnowocześniejsze i zapewniające najszybsze uzupełnienie ogniw. Motocykl pojawi się w trzech różnych kolorach (czarnym, pomarańczowym i żółtym) i zgaduję, że będzie bardzo drogi. Czy zatem przebije się przez konkurencyjne, zapewne znacznie tańsze jednoślady takich firm jak Zero Motorcycles?

fot. Harley-Davidson

W tej chwili tego nie wiemy, jak nie znamy przyszłości technologii elektrycznej. Sami przecież traktujemy ją bardziej jako ciekawostkę niż realne zagrożenie dla spalinowców głównie dlatego, że zasięgi e-motocykli wciąż pozostawiają wiele do życzenia a ładowanie trwa znacznie dłużej niż tankowanie. Nie wspominam już nawet o charakterystycznym bulgocie naszych motocykli otoczonych przez mgiełkę spalin. Tylko czy czasem nie jest tak, że motocyklistów, których wciąż kręci to „retro”, będzie z każdym rokiem, dekadą, mniej i mniej?

Obok mojego domu stoi duża willa w całości wynajmowana przez studentów. W każdy weekend znajduję na swoim trawniku jakiegoś wczorajszego żaka, najczęściej kompletnie nawalonego, ale nie o to chodzi. Oni mają w garażu z trzy jednoślady, korzystają też z dostępnych w mieście wypożyczalni. I wiecie co? To są wyłącznie elektryczne skutery i hulajnogi – nigdy nie wiem kiedy podjeżdżają, bo ich nie słychać, ale zawalają cały chodnik i pół drogi.

Myślicie, że ci młodzi dziś faceci, którzy nabrali upodobania do elektryków, będą chcieli kupić jutro, za rok, za pięć, dziesięć lat buchające spalinami motocykle H-D? Ja nie jestem pewien. Może jednak LiveWire w jakieś wersji low-cost, stanie się przebojem Harleya w przyszłości?

fot. Harley-Davidson

A co z nami? My po prostu wymrzemy jak dinozaury, a nasze motocykle trafią do muzeów i stojąc zakurzonej gablocie od czasu do czasu kapną olejem. Być może historią stanie się również Harley-Davidson, ale o ile nasze odejście z tego świata jest pewne, to dla giganta z Milwaukee jest jeszcze szansa…

%d bloggers like this: