Nowe motocykle Harleya-Davidsona to odgrzewane kotlety?

Harley-Davidson zaprezentował niedawno aż cztery nowe motocykle: streetfightera, maszynę typu adventure, customa i elektryka LiveWire. O ile o ostatnim modelu wiemy od czterech lat, pozostałe wydają się dość radykalnym krokiem giganta z Milwaukee, ale czy na pewno?

Pewna część społeczności Harleya-Davidsona od dekad wskazuje, że amerykańskiej marce potrzebna jest zmiana. Czy są zadowoleni z ostatnich posunięć firmy kierowanej przez Matta Lavaticha?

Custom / fot. Harley-Davidson

Mam wątpliwości, czy streetfighter, ADV i custom, to tak wielka sprawa, jak H-D próbuje nam wmówić. Chodzi o to, że te motocykle wcale nie są szczególnie radykalne – poza tym, że są to Harleye nie będące cruiserami, baggerami, bobberami lub chopperami.

Harley nie dokonał żadnej rewolucji, a jedynie zajrzał do segmentów, w które ostatnio nie inwestował. Na tych rynkach dołączy do Hondy, BMW, KTM, Yamahy, Suzuki i innych graczy. Nie z pełnym zestawem modeli, ale z wyjściowymi. Co z tego wynika?

Kiedy po II wojnie światowej motocykliści byli zauroczeni szybszymi i lżejszymi motocyklami spoza USA, odpowiedzią Harleya-Davidsona było skonstruowanie Sportstera. Chociaż Sportster ma dłuższą historię niż jakikolwiek inny motocykl od dekad będący w produkcji, a jego sukces jest niepodważalny, nie był odpowiedzią na oczekiwania motocyklistów. To wciąż był cruiser. Wciąż „stary, dobry” Harley.

Pan America / fot. Harley-Davidson

Z kolei w latach 90., kiedy świat oszalał na punkcie sportbike’ów, Harley przedstawił… V-Roda. To był historyczny moment, bo przecież mniej więcej w tym samym czasie (dokładnie 2001 rok), do lamusa odszedł słynny VR 1000.

VR miał udowodnić światu, że Harley-Davidson potrafi rywalizować również w klasie maszyn sportowych ścigających się na asfalcie, tradycyjnie zdominowanej przez motocykle japońskie. Mimo początkowych sukcesów, gigant z Milwaukee szybko przestał liczyć się w rywalizacji sportowej zajmując swoim VR ostatnie miejsca w stawce. Okazało się, że nie jest w stanie nadążyć za konkurencją dosłownie i w przenośni.

Przedstawił więc V-Roda, czemu towarzyszył wielki szum informacyjny i wiele zapowiedzi o cudowności tej konstrukcji. Pomimo ogromnych wysiłków inżynieryjnych i marketingowych, silnik V-Roda, czyli Revolution z cylindrami o rozstawie 60 stopni, chłodzony cieczą, nie był rewolucyjny. I nie stał się platformą przyszłości H-D, chociaż zanim go pochowano musiało minąć sporo czasu.

Custom / fot. Harley-Davidson

Aby nowe maszyny amerykańskiej marki miały być czymś innym niż kolejnym chwytem marketingowym i próbą abordażu w nowym segmencie (w trudnej sytuacji sprzedażowej), Harley musi udowodnić, że może wymyśleć coś innego poza standardowymi konstrukcjami w zmienionej obudowie. Że ma zdolność i odwagę, by na nowo zdefiniować się dzięki pomysłowości i innowacyjności.

Motywacja do zmiany powinna opierać się na chęci stworzenia nowej niszy, opowiedzenia zupełnie nowej historii. Dla firmy motoryzacyjnej motywacja, która nie jest napędzana przez produkt ale wymuszana przez rynek, raczej nie podpali świata.

Mimo wszystko w tym tunelu jest nikłe światełko. Ogólnie sceptyczne podejście do nowych motocykli ze znaczkiem H-D, nie dotyczy jednośladu elektrycznego. Być może to jest nowa jakość, szansa dla Harleya-Davidsona na odrodzenie się bez bagażu 115-letnich klasyków i skórzanych kurtek z wyszytym orłem na plecach.

LiveWire / fot. Harley-Davidson

Plan amerykańskiego giganta jest bardzo dobry, bo rozpoczyna się w zasadzie od rowerów, przez modele pośrednie i na dużym LiveWire kończąc. To może być historia w stylu: „Wiesz, nigdy nie miałem zamiaru jeździć na motocyklu, ale tak bardzo lubiłem swój pierwszy rower, że po prostu ciągle kupowałem kolejne z logo H-D, aż wylądowałem z LiveWire w garażu”.

Jeśli ten plan zadziała, Harley może wypracować metodę pozyskiwania dla siebie nowych motocyklistów. Wykorzystując wrodzoną modułowość technologii elektrycznej, Harley zaciera linię pomiędzy rowerem i motocyklem oraz między rekreacją a transportem. W związku z tym same rowery są ekscytujące nie tylko z powodu tego, co reprezentują, ale również dlatego, że różnią się od konwencjonalnych typów rowerów.

Na pewno łatwiej zrozumieć tę myśl, jeśli przypomnicie sobie, co czujecie widząc nowoczesny rower elektryczny na ulicy. Czy to czasem nie jest pewne uczucie głodu, zawodu, że jeszcze nie bierzecie udziału w tej technologicznej rewolucji?

fot. Harley-Davidson

Harley-Davidson może w nas pobudzić ten głód. Może sprawić, że markowy produkt zapragną miliony ludzi, którym teraz nawet nie przyszłoby na myśl, aby kupić jakiś pojazd z logo H-D. Tym samym wciąż ma szansę odkleić się od balastu historii na rzecz nowoczesności, która jest rzeczywistością nowego, młodego pokolenia…

Czy tak się stanie? Czas pokaże.

%d bloggers like this: