Dlaczego wybrałem kask Bullitt Triple Threat?

Kiedy zaczynałem moją przygodę z dwoma kółkami wydawało mi się, że muszę mieć kask zamknięty i dlatego kupiłem za spore pieniądze jeden z modeli Arai. Po pewnym czasie okazało się, że męczy mnie jego ścisłe dopasowanie i sportowe cechy, których u siebie jakoś nie miałem ochoty rozwijać.

Jazda na motocyklu interesowała mnie w spokojnym wymiarze reprezentowanym przez turystyki, a później rodzinę bobber, która dla mnie łączy drapieżny wygląd z fajną jazdą – chociaż nie są to maszyny, które lubią ekstremalnie długie trasy.

fot. Inforiders

Przesiadając się na bobbera ze stajni H-D, z ulga pożegnałem kask zamknięty na rzecz otwartej i lekkiej konstrukcji w amerykańskim stylu i malowaniu nawiązującym do flagi USA. Poczułem wreszcie wolność i swobodę, wiatr we włosach i lekkość na głowie. Było nieźle, ale jednak parę spraw bardzo mnie męczyło.

Po pierwsze owady. Niby mogłem założyć komin lub zamontować wizjer, który kończy się na brodzie, ale o kominie często zapominałem, a szybki nie miałem, bo nie lubię, kiedy prawie dotykam jej nosem. Efekt był taki, że wiele razy musiałem wytrząsać na parkingu brzęczące i gryzące owady z kasku, a raz zyskałem pod okiem wielką śliwę od uderzenia jakiegoś większego przedstawiciela z rodziny pszczołowatych. Ukąszeń i bąbli na twarzy oraz szyi nawet nie liczę.

fot. Inforiders

Po drugie szum wiatru, które na dłuższą metę staje się męczący. Można go redukować zatyczkami do uszu, albo lepszym dopasowaniem linera, ale zatyczki omijam z daleka – jak większość motocyklistów, a mój kask nie miał dodatkowych wariantów wyściółki. Dochodzi jeszcze kwestia bezpieczeństwa i urazów twarzy, której otwarta konstrukcja absolutnie nie chroni.

Poszukując jakiegoś sensownego rozwiązania znowu zacząłem spoglądać na kaski integralne. Nie chciałem mieć otwartego kasku z szybką, bo ten styl jakoś mi nie pasuje. Po prostu albo jesteś bezkompromisowym riderem z minimalistycznym orzechem na głowie, albo wybierasz kask zamknięty.

fot. Inforiders

Tak samo sprawa ma się ze szczękowcami, które dobrze pasują do motocykli BMW i tekstylnych kurtek, ale zupełnie nie idą w parze z neoklasykami, surowymi motocyklami w rodzaju Triumph Bonneville Bobber czy Harley-Davidson Iron 883.

Siłą rzeczy zacząłem szukać czegoś, co nawiązuje do stylu sprzed dekad, i tak trafiłem na produkty amerykańskiej firmy Bell, która ma w ofercie modele dla fanów jazdy terenowej i szosowej, a słynie ze stylu, wysokiej jakości i bezpieczeństwa.

fot. Inforiders

Przetestowałem w sumie cztery modele: najbardziej klasycznego Custom 500, następnie Custom 500 Carbon, RDS Mojo oraz Bullitt Triple Threat. Pierwsze dwa modele są oczywiście otwarte, ale chciałem zobaczyć jak wypadną w porównaniu do podobnych konstrukcji, których używałem wcześniej. Różnice były na plus, a więc sięgnąłem po kolejne dwa, tym razem zamknięte. Ostatecznie zdecydowałem się na Bullitt Triple Threat. Dlaczego?

Po pierwsze, kiedy bierzesz ten kask do ręki, to od razu pojawia się wrażenie solidności. Wszystkie elementy są świetnie spasowane, zewnętrza krawędź idealnie zaoblona a miejsce łączenia uszczelki zgrabnie schowane pod skórzaną owijką. Szczęka jest gruba i szeroka, co w pierwszej chwili wydało mi się przesadą, ale przecież to ona ma przyjąć ewentualne uderzenie w razie gleby, więc musi być odpowiednią wytrzymałość.

fot. Inforiders

Szczęka jest dość mocny wysunięta do przodu, więc nie ma wrażenia maski na twarzy, czego osobiście bardzo nie lubię. Razem z wizjerem typu bubble, w Triple Threat mam bardzo dużo wolnej przestrzeni, co nie odbija się to praktycznie na stabilności kasku na głowie.

Wymienny wizjer wykonany został z bardzo grubego poliwęglanu, dzięki temu niezależnie od prędkości, szybka nie wygina się i nie trzeszczy. Testowałem go do ok. 160 km/h i było bardzo dobrze, chociaż przy tej prędkości lepiej nie kręcić za bardzo głową, bo pęd powietrza daje się mocno odczuć, a siły skrętne działające na szyję rosną z każdym kilometrem prędkości – co w sumie jest normalne przy tego typu bryle kasku.

fot. Inforiders

Dodatkowa korzyść z wariantu bubble to brak zaparowania wizjera. Jest świetnie rozwiązanie szczególnie podczas ulewy, kiedy tradycyjne wizjery z antyfogiem często nie dają rady. Bąbel od Bell może nie wygląda tak dobrze jak klasyczna, prosta szybka, ale rzeczywiście zupełnie eliminuje problem z zachodzącym mgłą wizjerem.

Inna sprawa to wentylacja. Upały i duży ruch w mieście to najgorsze warunki do jazdy, ale najlepsze do testów wydajności wentylacji. W bonusie mam blisko litrowego widlaka chłodzonego powietrzem, który generuje masy gorącego powietrza, szczególnie męczące podczas oczekiwania na zmianę świateł.

fot. Inforiders

Wydawało mi się, że zaledwie trzy otworki wentylacyjne nad czołem oraz skromny wlot w szczęce kasku to zdecydowanie za mało, aby skutecznie wyeliminować gorące powietrze z wnętrza kasku. Triple Threat poradził sobie znakomicie, chociaż podczas wymuszonych postojów na skrzyżowaniach musiałem odchylać wizjer, żeby ułatwić wymianę powietrza.

Przy okazji warto zwrócić uwagę na precyzyjną pracę mocowania, dzięki któremu wizjer uchyla się płynnie, ale na każdym z położeń pośrednich jest stabilny. Zamknięcia wizjera wspiera dodatkowo niewielki magnes, który służy jednocześnie jako uchwyt do otwierania przesłony.

fot. Inforiders

Wszystkie stykające się ze skórą elementy wyściółki są oczywiście wyjmowane i można je wyprać. Pasek pod brodą jest wyściełany miękkim materiałem i nie uwiera. Mocowanie to sprawdzone na wielu frontach zapięcie DD-ring. Model Triple Threat posiada również zintegrowane kieszenie na głośniki.

Dlaczego nie zdecydowałem się na RDS Mojo? Przyczyna jest prosta. Mojo to wariant carbonowy o 1000 złotych droższy. Na dodatek wolałem wspomniana szybkę bubble, która w oferowanym wariancie Triple Thread była w standardzie.

fot. Inforiders

Poza wyższej klasy skorupą i ceną, Mojo ma również bardzo fajną skórzaną torbę do przenoszenia kasku. Triple sprzedawany jest ze standardową torbą. Dodajmy, że kask posiada oczywiście certyfikaty ECE R22-05 oraz DOT, a także 5 lat gwarancji producenta.

Po dwóch miesiącach używania Triple dostrzegam tylko jedną wadę. Przypadkowo zahaczyłem paznokciem wyściółkę kasku w okolicy dolnego wlotu powietrza i udało mi się kawałek materiału, a właściwie skóry, oderwać od wypełnienia z EPS. To uszkodzenie mechaniczne, którego gwarancja nie uwzględnia, ale skóra w tym miejscu powinna być mocniej przyklejona.

fot. Inforiders

Druga sprawa to cena. Nie można powiedzieć, że to wada, jednak ponad 2000 zł za stosunkowo prosty przecież model Bullitt Triple Threat, to spora kwota. No, ale amerykańskie produkty nigdy nie były u nas tanie…

fot. Inforiders
%d bloggers like this: