Czy wojna Trumpa może wykończyć Harleya-Davidsona?

fot. pixabay

W marcu administracja Donalda Trumpa ogłosiła podatek importowy w wysokości 25% na stal i 10% na aluminium importowane do Stanów Zjednoczonych. Nowe szykany celne weszły w życie 1 czerwca 2018 roku. W odwecie Unia Europejska, Kanada, Meksyk i Indie ogłosiły plan nowych taryf celnych na 29 amerykańskich produktów. Unia Europejska odpowiedziała wprowadzeniem ceł na import towarów USA o wartości 7,5 mld dol. Jeśli chodzi o Kanadę, to cła na amerykańskie towary o wartości 16,6 mld dol., dotyczą szerokiej gamy produktów od stali po karty do gry.

Dlaczego przywołujemy te ogólnodostępne informacje? Ponieważ wśród amerykańskich towarów podlegających unijnej 25-procentowej taryfie importowej są między innymi masło orzechowe, tytoń i… motocykle Harley-Davidson. Aby zrekompensować straty, firma z Milwaukee może przenieść część produkcji do swojego zakładu w Tajlandii.

Foto: harley-davidson.com

Dodajmy, że to raczej dopiero początek, a nie koniec wojny handlowej Trumpa. Kilka dni temu amerykański prezydent ogłosił taryfę w wysokości 25% na towary przybywające z Chin, których suma to blisko 50 mld dol., i jednocześnie zagroził opodatkowaniem europejskiego eksportu samochodów do USA. Czy poczynania Trumpa mają sens?

W nieskończoność słyszymy o zaletach globalizacji, która funkcjonuje najlepiej bez kontroli importu. To jest wolny handel. Jeśli dany naród – powiedzmy Korea Południowa – wykazuje wyjątkową zdolność do wytwarzania stali i może zaoferować dobrą jakość za najniższą cenę, czy nie powinniśmy pozwolić, aby dostarczali stal dla całego świata?

Główny argument przemawiający za takim podejściem brzmi, że przecież wszyscy odnieśliby z tego korzyści. Koreańczycy skorzystaliby z dostępu do gigantycznego rynku, a świat czerpałby korzyści z niskiej ceny i jakości towaru. Koszt wysyłki też jest do przyjęcia dzięki postępowi w dziedzinie handlu morskiego i jego gigantycznej skali. Jeśli taki zglobalizowany system utrzymuje się w równowadze, wszyscy wygrywają, ale języczkiem u wargi jest owo „jeśli”.

Foto: Harley-Davidson Motor Company

Spójrzmy na USA, którego przywódca rozpoczął aktualną krucjatę. Średni dochód czteroosobowej amerykańskiej rodziny wynosi 54 000 dol., co daje 27 dolarów dochodu za godzinę na dwoje lub 13,5 dol. na jedną osobę. W Bangladeszu ludzie pracują za… 65 centów za godzinę. I tu rodzi się problem. Bo dlaczego ktoś miałby na przykład płacić amerykańskiego lekarzowi (wyszkolonemu za ogromne pieniądze), aby zinterpretował rentgenowskie zdjęcie pacjenta, skoro skan kliszy można wysłać pocztą elektroniczną do Indii i uzyskać interpretację za jedną czwartą ceny? Po co płacić uniwersytetom z Doliny Krzemowej za pisanie kodu komputerowego, skoro zagraniczny koder zrobi to samo za ułamek kwoty?

Każdy Amerykanin, który idzie do sklepu i chce kupić jakiś towar, widzi że na metkach lub tabliczkach znamionowych niezliczonych amerykańskich marek znajduje się najczęściej napis: „Made in China”. Zresztą nie trzeba spoglądać aż za ocean. Przecież podobna sytuacja jest i u nas.

Ekonomiści z USA tłumaczą Amerykanom, że ważnym elementem dobrobytu ich kraju są niskie ceny importowanych towarów. To się zgadza, ale ponieważ obywatele Stanów Zjednoczonych kupują znacznie więcej towarów niż ich sprzedają, powstaje potężny deficyt handlowy wynoszący około… 50 miliardów dolarów miesięcznie! Kwota ta zostaje dodana do długu publicznego USA, który wynosi obecnie 21 bilionów dolarów lub około 70 000 dolarów na obywatela!

Jeśli jesteś winy ogromne pieniądze, ale każdy ma 100-procentową pewność, że możesz swoje zobowiązania spłacić, wszystko jest w porządku. W takiej sytuacji dług publiczny USA jest do opanowania. Ale jeśli wierzyciele zaczynają tracić zaufanie do dłużnika, pojawiają się kłopoty, których skala może być taka sama jak kwota długu – gigantyczna.

Harley-Davidson Motor Company

Brak zaufania do zdolności spłaty zobowiązań kryje się za takimi rzeczami jak propozycja alternatyw dla dolara amerykańskiego jako międzynarodowego środka płatniczego. To od wybranych przez Amerykanów przywódców z Waszyngtonu i ich lidera zależy zarządzanie tym zaufaniem, podobnie jak prezesi korporacji muszą utrzymywać w ryzach ceny akcji.

Ameryka obawia się Chińczyków, którzy ignorują prawa własności intelektualnej, czy UE, która eksportuje do Stanów dziesiątki tysięcy samochodów, głównie z Niemiec. Tych pojazdów Trump również chciałby pozbyć się z rodzimego rynku. Swoją drogą, to może odbić się również na Polsce, czyli kraju z bardzo rozwiniętą bazą montowni zachodnich koncernów motoryzacyjnych.

Warto przypomnieć, że krucjata Trumpa nie jest pierwszym takim wydarzeniem w historii USA. Pomiędzy dwoma wojnami światowymi, w latach 1919-1939 zagraniczna sprzedaż amerykańskich motocykli stanowiła od jednego trzeciej, do blisko połowy produkcji! Potem rozpoczęła się wojna celna, która położyła kres prosperity amerykańskiego przemysłu motocyklowego.

Prezes H-D Matt Levatich. Foto: Harley-Davidson

W latach 20. ubiegłego wieku niemieccy producenci motocykli kupowali 35 000 silników rocznie od angielskiej firmy JAP, ale kiedy hiperinflacja uderzyła w Niemcy, skończyła się hossa eksportowa brytyjskiej marki. Podobnie firmy Harley-Davidson, Excelsior i Indian liczyły kiedyś, że będą przez lata kontynuować opłacalny eksport do Nowej Zelandii i Australii, ale preferencyjne taryfy Wspólnoty Narodów skutecznie przerwały ten proceder.

W 1913 roku produkcja marki Indian wynosiła 31 900 motocykli, ale podczas Wielkiego Kryzysu spadła o 95%, ostatecznie stabilizując się na poziomie 1600 sztuk w 1933 roku. Kolejny stały i dobry nabywca amerykańskim motocykli, czyli Japonia, postanowiła w 1937 roku, że wszyscy cudzoziemcy muszą zamknąć swoje interesy i wynieść się z kraju. Jak wiemy, już kilkanaście miesięcy później cały świat stanął w ogniu.

Dziś cena akcji Harleya-Davidsona spada. To oczywiście oznacza spadek zaufania akcjonariuszy. Trudno powiedzieć, kiedy spadki przerodzą się w katastrofę i na ile amerykańska marka jest elastyczna, aby sobie ewentualnie z potężnym kryzysem poradzić. Oczywiście wszystko może się jeszcze wyprostować jeśli strony konfliktu złagodzą swoje stanowiska i wyjdą zza fortyfikacji.

Fot. materiały prasowe

Z drugiej strony Trump może iść po trupach, nawet takich film jak Harley-Davidson, licząc że w starciu taryfa kontra taryfa, UE i jej sojusznicy wreszcie odpuszczą, a on zyska przewagę. Wojna handlowa w rzeczywistości przykrywa prawdziwe przyczyny tego pojedynku, którymi są duża nierównowaga handlowa, zredukowany sektor wytwórczy w USA i problem z zaufaniem do zdolności zarządzania amerykańskim długiem.

Trump może się przeliczyć, bo sama tylko Unia, nawet bez sojuszników, to gospodarka większa od amerykańskiej, ze znacznie większą liczbą konsumentów. Problem UE to natomiast wewnętrzne podziały i skłócenie jej członków.

Ostatecznie w każdej wojnie padają ofiary, ale w obecnym starciu tracić będą wszyscy. I wcale nie jest powiedziane, że ktoś w ogóle wygra…

%d bloggers like this: