Prawdziwy powód dołujących statystyk branży motocyklowej? To… my, motocykliści

Liczba nowych rejestracji spada, dealerzy gromadzą motocykle, zamiast je sprzedawać. Przedstawiciele wyciskają ile się da z danych, aby jednoprocentowe wzrosty na odległych azjatyckich rynkach przedstawić jako niesamowity sukces…

Ale liczby nie kłamią. Do września 2017 roku amerykańska ikona motocyklizmu, firma Harley-Davidson, zmniejszyła dostawy nowych motocykli o prawie 7%, czyli znacznie więcej niż oficjalne kurczenie się rynku, które wynosi około 3%.

W Wielkiej Brytanii tradycyjnie przyjaznej jednośladom, spadki na półmetku zeszłego roku wynosiły 15% (według Motorcycle Industry Association). Jeszcze gorzej było na naszym, rodzimym podwórku.

Zgodnie z raportem PZPM spadek w pierwszej połowie roku (w odniesieniu do analogicznego okresu 2016 roku) wyniósł aż 32,3%. Warto zaznaczyć, że zła passa dotyczy wyłącznie motocykli, ponieważ rejestracje samochodów wzrosły w tym czasie o 14,2%!

Foto: Harley-Davidson

Przez trzy dekady, począwszy od połowy lat 80., rynki motocykli w USA i Wielkiej Brytanii były całkowicie zdominowane przez jeden rodzaj motocykli. W Ameryce był to chłodzony powietrzem V-twin, który stanowił ponad połowę sprzedaży nowych motocykli. W Anglii przemysł motocyklowy bazował na rozwiniętych maszynach sportowych.

Zarówno amerykańskie krążowniki, jak i brytyjskie jednoślady o sportowych aspiracjach, były kupowane głównie przez mężczyzn w średnim wieku i pielęgnowały agresywną kulturę macho oraz pseudowyjątkowości ich właścicieli. Mówiąc inaczej, skupiały chłopców z wysokim testosteronem, którzy z wyższością spoglądali na inne typ motocykli. Małe, skromne lub podstawowe modele, były jawnie wyśmiewane. Podobnie jak ci, którzy na nich jeździli.

Trudno się zatem dziwić, że nawet w latach motocyklowego boomu, który przypadł na lata 1995-2009, średni wiek nowych konsumentów praktycznie się nie zmieniał, a na dodatek motocykle pozostały domeną głównie męską. Nowi klienci, choć nie byli aktywnie zniechęcani, nie byli również doceniani przez spaczoną niby ekskluzywnością społeczność, natomiast dilerzy praktycznie nie próbowali szukać alternatyw, sprzedając wciąż i wciąż duże motocykle.

Producenci byli współwinni tej sytuacji. Szefowie wielkich marek ciągnęli stare linie, jednocześnie kiwając z powaga głowami i zapewniając, że nie ma na rynku miejsca dla mniejszych motocykli w sensownej jakości. Nie rozumieli, że świat się zmienia. W tym czasie wizyta w salonie jakieś pani po pięćdziesiątce spowodowałaby jedynie ziewnięcie znudzonego sprzedawcy. Klienci byli ignorowani, bo nie wyglądali na „target”, odpowiednio zamożnych lub nie pasowali handlowcom z innych, często abstrakcyjnych powodów. Dlatego osoby, które mogły kupić motocykl, wychodziły od dealerów z pustymi rękami. Byli ignorowani.

Ale to już przeszłość. Główni producenci i ich zespołu marketingowe nie mogą już kształtować i kierować rynkiem, bo stracili nad nim kontrolę. Wszystko, co dziś mogą zrobić, to reagować. A na kogo reagują? Na nas, obecnych motocyklistów.

Fot. materiały prasowe

Dziś to my, aktualni motocykliści, bezmyślnie wstawiamy do swoich garaży zmodernizowane na nowy sezon motocykle. Najlepiej takie same, tylko nowsze o kilkanaście miesięcy, szybsze i… bezcelowe. Cała branża nie może przetrwać na oczekiwaniach facetów w średnim wieku, często z nadwagą, którzy płacą krocie za przyszłoroczną wersję tego samego motocykla, ale lżejszego o 3 kilogramy, za to z super-duper systemami, z których połowa jest im potrzebna jak miska ryżu na głowie.

I nie, to nieprawda, że „chcę najnowszego, dużego motocykla adventure, ponieważ pewnego dnia zamierzam przekroczyć nim Himalaje”. Mam dla ciebie wiadomość – nie zrobisz tego. Nie masz na to czasu, rzeczywistych chęci, nie będziesz się tułał całymi dniami po zadupiach, w paskudną pogodę. I nie będziesz chciał nawet jeść byle czego przez długi czas.

Aby być uczciwym – to nie jest wyłącznie twoja wina. To marketingowa, nierealistyczna papka. Fantazja o sobie i o swoim życiu, którą dostajemy do producentów. Inna rzecz, że łakniemy jej jak świeżego powietrza. Zachłystujemy się nią. Bo przecież przygoda, wyzwanie dla prawdziwego mężczyzny z jajami. Internetowa karuzela lajków, bo wrzuciłeś zdjęcie jak siedzisz na „ubranym” do podróży moto.

To, czego branża bardzo potrzebuje, to młodzi ludzie, mężczyźni i kobiety, zwykli kierowcy samochodów, rowerów, dojeżdżający do pracy i szkół, którzy kupią motocykle, bo potrzebują tańszych, mniej wydajnych, za to dostępniejszych maszyn.

Bez zmiany podejścia nie będzie lepiej. Motocykle powinny przestać być drogimi, ekskluzywnymi towarami dla zamożnych. Powinny stać się, tak jak w krajach mniej rozwiniętych, środkiem transportu dla pracowników, rodzin, ludzi gorzej sytuowanych.

Musimy skończyć z obsesją na punkcie rosnącej pojemności, koni mechanicznych, naszych fantazji na temat tego, że potrzebujemy absolutnie skrajnych maszyn do wyczynów prędkości lub dystansu. To zabija motocyklizm.

To my jesteśmy powodem, dla którego motocykl jest skazany na porażkę. Bez zmiany nas samych, będziemy brnąć w ślepą uliczkę.

%d bloggers like this: