Motocyklowe przesądy, jest się czego bać?

Miejskie legendy, tzw. urban legends, mają poczesne miejsce w motocyklowej „mitologii”. Należą do nich dłuższe opowieści i mity, choćby o motocyklu-mordercy, który niczym słynna „Christine” Stephena Kinga regularne zabija swoich kolejnych właścicieli. Inna historia dotyczy sławnego The Biker’s Bell, dzwonka odganiający złe moce. Jest tych opowieści o wiele więcej. Być może jeszcze do nich powrócimy, bo to świetne straszydła na zlotowe ogniska wieczorową porą, szczególnie te doprawione szklaneczką od pana Jacka Danielsa.

Dziś zebrałem dla Was jednak coś innego. Są to przesądy, z którymi każdy motocyklista się zetknął, część znana, inne mniej, niektóre dość logiczne, pozostałe zupełnie odjechane. Jak uniknąć pecha? Co przynosi szczęście? Na co uważać?  To tylko zabobony, ale powiedzmy sobie szczerze, niemal każdy odczuwa lekką niechęć widząc czarnego kota przebiegającego przez drogę, lub podając komuś rękę w progu domu. Takich obaw, czysto motocyklowych, jest wcale niemało.

Kask na ziemi to problem?

Zacznijmy od oczywistej oczywistości. Nie chcesz nieszczęścia, nie kładź kasku na ziemi. Dlaczego? Bo to gwarantowana gleba i pech w najczystszej postaci, gorszy niż rozsypana sól, zbite lustro i piątek trzynastego razem wzięte. W sieci można znaleźć relacje motocyklisty, który potwierdza ten przesąd w całej rozciągłości, ale z nieco innego powodu. Otóż do jego kasku leżącego na ziemi przedostały się mrówki, które później przemaszerowały koledze po szyi na plecy. No i oczywiście dalej. Nie będziemy dociekać jak daleko dotarły. W innym wariancie tej przestrogi zabronione jest wieszanie kasku na lusterku. Jeśli spadnie i się potoczy, to samo stanie się z głową motocyklisty. Chyba warto zapamiętać te przypadki i nie popełniać podobnych błędów.

Nie rzucaj mięsem w motocykl

Kto przeklina swój motocykl? Ostrożne osoby nigdy nie powiedzą złego słowa swojej maszynie, przynajmniej w jej obecności. Jeżeli będziemy utyskiwać, że się psuje, grzeje, nie pali, itd., jednoślad zrewanżuje się później w dwójnasób, może na złość nie odpalić lub wjedzie w dziurę na drodze. Wiele osób potwierdza ten przesąd, ale jeśli już ktoś rzucił mocnym słowem w kierunku swojego stalowego rumaka, jeszcze nie jest wszystko stracone…

Przytul się to maszyny

Kto z Was poklepuje lub głaszcze bak po udanej przejażdżce? Zapewne znajdzie się parę osób, ale nie ma się czego wstydzić, bo to gest, którym niegdyś kowboj dziękował wierzchowcowi za wspólną wędrówkę. W końcu motocykl to taki stalowy rumak. Nie ma sensu wrzucać mu kostkę cukru do baku, ale przyjacielski klaps w błotnik podobno nie zaszkodzi, a może nawet pomóc. Szczególnie w wypadku wcześniejszej sytuacji, gdy się powiedziało o jedno lub dwa ciężkie słowa za dużo.

A może czerwona wstążka?

Motocykle w ogóle mają wyjątkowy status u swoich właścicieli, znacznie wyższy niż samochody, może dlatego, że niebezpieczeństwo jest tuż, tuż, na wyciągnięcie dłoni, a nie za warstwą blach i poduszek powietrznych. Parkujecie swoje maszyny wraz z innymi motocyklami? Jeśli tak, to trzeba również wiedzieć, że wspólne parkowanie ma swoje przesądy. Najstarsza lub najważniejsza maszyna powinna zostać ozdobiona czerwoną wstążką, aby nie była zazdrosna o inne motocykle i zachowywała się jak należy. Podobno ten przesąd sprawdza się niemal zawsze. Źródła tego zwyczaju leży w starożytnym Rzymie. Kolor czerwony był wykorzystywany jako znak ochrony. Przy dziecięcych wózkach i łóżeczkach zawieszano czerwoną kokardkę albo medalik, aby złe moce nie zauroczyły dziecięcia.

Magia liczb w rejestracji

Kolejna, niby błacha sprawa, to cyfry w tablicy rejestracyjnej. Z oczywistych względów niemile widziana jest trzynastka, ale także suma cyfr, która daje ten wynik. Tak, warto się teraz zastanowić i szybko policzyć. Pechowa trzynastka wywodzi się od króla Francji, Filipa IV, który w 1307 kazał pojmać wszystkich przywódców templariuszy i w piątek 13. spalił 54 zakonników łącznie z wielkim mistrzem. Filip połasił się na bogactwo potężnego zakonu, ale długo się skarbami nie nacieszył. Wielki mistrz zakonu Jakub z Molay rzucił klątwę na zdradzieckiego władcę i papieża. Obaj po roku już nie żyli.  Wracając jeszcze na chwilę do pechowej trzynastki, jeśli ten dzień akurat wypada w kalendarzu, to wcale nie obawiajmy się wsiąść na motor, natomiast nie należy kichać, kąpać się i zakładać nowej koszulki. Stara może być.

Druga pechowa cyfra to zero. Jeśli już się trafiła w rejestracji, to można je zneutralizować malując na środku zera kropkę. Czarna plama wypełni „dziura energetyczną”, a właściciel będzie mógł jeździć bez obaw.

Zdałeś prawko? Zdepcz je!

I jeszcze szybka porada antypechowa dla świeżo upieczonych motocyklistów. Nowe prawo jazdy trzeba koniecznie nadepnąć, na szczęście. Pamiętacie jak się „święciło” budy w szkole? To trochę podobna zasada, chodzi natomiast o spokojną i bezpieczną jazdę, a nie podryw małoletnich koleżanek. Natomiast nie wolno zdanego prawa jazdy opijać. Jest w tej „ludowej prawdzie” głębszy sens, bo ułańska fantazja rodzi się najczęściej po kilku głębszych, a co ma w końcu robić naładowany procentami gość z jeszcze ciepłym prawem jazdy w ręku?

Naklejki bywają groźne

Jeśli lubicie naklejki to trzeba zwracać baczną uwagę na ich treść. Nie jest dobrze, jeśli są to hasła w stylu „Oddam pół ręki za Intrudera dźwięki”. Takie rymowanki to zaproszenie dla złych mocy, które traktują podobne dewizy jako ofertę handlową i bardzo chętniej z niej skorzystają, lecz niekoniecznie tak jak my to rozumiemy. Nikt przecież chce stracić dłoni i do końca życia słyszeć rozlegający się w głowie warkot widlaka.

Wędrując po zakamarkach motocyklowych forów natrafiłem również na kompletnie szalone przesądy i żarty, ale z racji ich specyficznego, nomem omen, uroku, podzielę się nimi z Wami.

Oddech mrocznego żniwiarza i drabina

Zastanawialiście się choćby, co należy zrobić z zaparowaną szybką? Otóż „jeśli szybka paruje to trzeba… jechać szybciej, bo kostucha goni”. To podobno wystarczy, żeby zostawić ją daleko z tyłu. Bardziej popularny przesąd dotyczy drabiny. Tak jak nie wolno pod nią przechodzić, równie niebezpieczne jest przejeżdżanie. Co prawda niełatwo znaleźć się w takiej sytuacji, ale jak wiadomo, licho nie śpi. A skąd się wzięła drabina? Jedna wersja mówi o świętym kształcie starożytnych Egipcjan. Oparta drabina stanowi fragment trójkąta, symbolu życia. Nie należy go naruszać.

Druga wersja jest znacznie późniejsza, z początków XIX wieku. Skazani na śmierć więźniowie musieli wchodzić po drabinie na szubienicę. Po śmierci ich dusze pozostawały u podstawy, bo były niegodne wejść do nieba. Przechodzenie lub przejeżdżanie tuż obok potępionych dusz to proszenie się o kłopoty. Dlatego właśnie drabiny są bardzo podejrzane, a do pomocy przy wkręceniu żarówki w żyrandolu lepiej użyć krzesła.

Duch na highway’u

Pewien amerykański właściciel starego H-D napisał na jednym z forów, że należy skinąć głową przejeżdżając koło zabitego na drodze zwierzęcia. Dlaczego? Ma to uniemożliw duchowi uczepienie się motocyklisty. Inny forumowicz polecał zawieszenie na motocyklu orlego pióra. To symbol wolności, lotu, lekkości, a także wewnętrznej siły. Według Johna, te cechy zyska również ozdobiona piórem maszyna. Uwaga. Jeśli ktoś nie ma orlego pióra, może być pęczek lotek innych, pomniejszych ptaków. Nie działają tylko pióra drobiu domowego. Kury, kaczki i indyki odpadają.

Czarny skuter i zielony motocykl

I jeszcze krótko na temat wydawałoby się niezwiązany ze przesądami. Chodzi o skutery. Większość jest niegroźna, ale jeśli motocyklistę wyprzedzi czarny skuter, następnego dnia lepiej nie wychodzić z domu. Ten żart przypomina nieco legendę o pechowych, zielonych motocyklach, swoją drogą, mającą pewne postawy.  W USA od lat przesądne osoby nie kupowały zielonych motocykli. Dlaczego? W tym kolorze były wojskowe Harleye z Drugiej Wojny Światowej. Ich kierowcy byli wystawieni na ostrzał jak kaczki na polowaniu i często ginęli. Tak powstał nowoczesny folklor i przesąd o tym, że zielone motocykle przyciągają do właściciela pecha, a nawet sprowadzają na niego śmierć. Jeden z czytelników magazynu Go For A Ride zarzekał się, że jego znajomy kupił zielonego Road Glide’a i po krótkim czasie poważnie zranił się w nogę. Sytuacja powtórzyła się jeszcze dwukrotnie, aż wreszcie właściciel harry’ego przemalował motocykl na czarno. Podobno problemy zniknęły niemal natychmiast. Mówiąc krótko, zielony kolor zostawiamy dla trawy i puszek Heinekena.

Nie ma się czego bać

Przesądy były, są i będą. To przejaw szerszego zjawiska, cecha ludzkiej natury, konieczności tłumaczenia rzeczy niewytłumaczalnych, ale też element motocyklowej kultury, którą można traktować z przymrużeniem oka lub nieco bardziej poważnie. W gruncie rzeczy najważniejsze jest to, że wraz z mitologią rodzi się poczucie jedności, tradycji, wspólnej drogi. A jeśli wszystkie te niebezpieczeństwa i obawy są tylko wydumane, to pozostają przecież wspaniałe opowieści. I o to przecież chodzi, prawda?

Andrzej Sitek

%d bloggers like this: