Pokolenie klapków i iPodów będzie kupować motocykle Harley-Davidson?

W ostatnich miesiącach pojawiło się wiele komentarzy dotyczących nie najlepszej kondycji Harleya-Davidsona. Chodzi głównie o stały, kilkuletni spadek sprzedaży oraz prognozy, które wskazują, że trzeci kwartał obecnego roku będzie dla amerykańskiego giganta równie słaby, jeśli nie gorszy.

Gdyby spadki dotyczyły wszystkich marek, moglibyśmy powiedzieć, że sytuacja jest związana z rynkiem światowym i ogólną tendencją spadkową. Tak nie jest, bo wyniki BMW, Triumpha lub głównego rywala H-D, marki Indian, są bardzo dobre i faktyczna sprzedaż maszyn tych marek wzrosła.

Inna sprawa, że komentarze, które pojawiają się w internecie, również te z genialnymi poradami, jak amerykański gigant powinien poradzić sobie z impasem, nijak mają się do doświadczeń firmy produkującej motocykle przez dwie ostatnie wojny światowe, Wielki kryzys z lat 30. ubiegłego wieku i około dwudziestu recesji rynkowych w USA.

H-D Roadster. Foto: Harley-Davidson

Wolimy jednak myśleć, że Harley-Davidson jest tak wielki, że nie dostrzega podstawowych problemów, dlatego dorzucamy swoja cegiełkę do bezcennych porad dla amerykańskie firmy. Za firko! Szefowie z Milwaukee, nie dziękujcie.

Każdy, kto zamierza koncentrować się na supermoto lub kategorii sportowej w swoim portfolio, musi zdawać sobie sprawę, że jest to kategoria niszowa. Oczywiście, że kupujemy tego typu motocykle, ale dane sprzedażowe wskazują jednoznacznie, iż te dwa typy maszyn są w mniejszości. Harley nie będzie bogatszy skupiając się na czymś, co większość ludzi nie obchodzi. W tym samym duchu, nie warto marnować czasu i środków na motocykle czysto sportowe. Marzenie Harleya-Davidsona o wejściu do MotoGP jest po prostu głupie.

Aktualnie Harley-Davidson zachowuje około 48 procent udziału w rynku amerykańskim. Nadal sprzedaje setki tysięcy motocykli, znacznie więcej niż wspomniane firmy, które przeżywają obecnie hossę. Szefowie z Milwaukee muszą walczyć o utrzymanie dotychczasowego wyniku, ale to nie wszystko, ponieważ najlepszą obroną jest atak. Jak zyskać nowych klientów?

H-D Roadster. Foto: Harley-Davidson

Wracamy do już wielokrotnie komentowanego problemu, czyli pokolenia Milenium, chociaż nam bardzo podoba się określenie pokolenie klapek i iPodów. W odróżnieniu od generacji X, pokolenie Y oswoiło wszelkie nowinki technologiczne, aktywnie korzysta z mediów oraz technologii cyfrowych i uznawane jest za generację zuchwałą, otwartą na nowe wyzwania.

Jednocześnie milenialsi wciąż żyją przy rodzicach, bo wszystko jest dla nich za drogie, a samodzielne życie niesie zbyt dużo obowiązków. Dla pokolenia Y cena maszyn H-D jest za wysoka. To jasne, że trzeba ją obniżyć. Zgadza się, ale Harley-Davidson zareagował już kilka lat temu wprowadzając na rynek model Street 500, a następnie Street 750. Pytanie, kto jeździ na tych motocyklach?

Starczy rozejrzeć się po ulicach, żeby stwierdzić, że milenialsi w znakomitej większości dosiadają motocykli, które najlepsze czasy mają już dawno za sobą. Jakieś zdezelowane egzemplarze Ninja sprzed 40 lat, Yamahy, które pamiętają czasy tragicznej śmierci Olofa Palmego, starożytne modele Hondy Shadow. Te maszyny nie pasują od iPoda, ale są tanie. I mają oldshoolowy klimat.

Street 500. Foto: newatlas.com

Na naszym polskim podwórku można dostrzec jeszcze nowe modele Junaka i Rometa o chińskim rodowodzie. Kryterium ich wyboru jest bardzo proste. Są to maszyny ekstremalnie tanie (w porównaniu do wyrobów renomowanych marek), a jednak nowe, czyli z założenia nie wymagające kosztownych napraw przez kilka najbliższych sezonów (przynajmniej z założenia).

Wydaje się, że istnieje ogromna rozbieżność pomiędzy tym, o co pytają producenci, a tym, na co mogą pozwolić sobie początkujący motocykliści. Renomowane firmy nie mogą sprzedawać taniej? To bzdura. Raczej nie schodzą poniżej pewnego poziomu, bo nie po to przez dziesięciolecia ponosiły koszty drogich kampanii reklamowych i nakładów na rozwój, poprawiały wizerunek marek w oczach odbiorców, żeby z tego teraz nie korzystać. Ale czasy się zmieniają.

Czy zatem Harley-Davidson powinien obniżyć ceny? Gigant z Milwaukee to marka premium, zatem nieodłączna cechą i elementem produktów firmy jest wysoka cena. Czy wysoka cena koresponduje z jakością? Wielu w to wątpi, ale socjologowie i spece od marketingu mówią jasno i wyraźnie – to wciąż na nas, jako odbiorców, działa.

Harley-Davidson Street Rod 2017. Foto: Harley-Davidson

Wprowadzenie naprawę tanich jednośladów mogłoby oznaczać chaos w odbiorze marki o ugruntowanej przez dziesięciolecia tradycji. Zachwianie pozycji giganta przy niekorzystnych notowaniach giełdowych to ryzyko o wiele poważniejszych problemów, większych niż obecne spadki.

Harley-Davidson nie może sprzedawać taniej. Pomimo 1,6 procentowego spadku sprzedaży w drugim kwartale 2017 roku, rynek zewnętrzny określany jako EMEA (Europe, the Middle East and Africa) odnotował wzrost, głównie za sprawą legendy i piętna Old Man’s Brand. Dzięki modzie na neo retro, ten styl oddziałuje także na młodsze roczniki odbiorców. Harley wciąż pozostaje liderem stylu i może czerpać z tego tytułu profity, musi jedynie trzymać się wyznaczonej drogi.

W praktyce oznacza to, że po ulicach zachodnich miast porusza się co raz więcej egzemplarzy modelu Iron 883 i Forty-Eight. To żywe reklamy amerykańskie marki, bo nawet najzagorzalsi przeciwnicy Harleya-Davidsona przyznają, że są to motocykle piękne.

H-D Iron. Foto: Harley-Davidson

Rosnąca liczba tych jednośladów oznacza także rozwijający się rynek maszyn z drugiej ręki, używanych, których cena może oscylować w okolicy 1/3 wyjściowej. To już naprawdę niewiele, chociaż wciąż więcej niż kwota, jaką trzeba wyłożyć za „chińczyka” spod znaku Junaka i Rometa. Nie zmienia to faktu, że mniejsze motocykle z logo H-D stają się znowu fajne, tak samo jak wszystkie te Triumphy Bonneville i Thruxton, niektóre modele Yamahy, a nawet Ducati (z serii Scrambler).

Jest jeszcze nowy Street Rod wyraźnie lepszy od wspomnianych modeli Street 500/750 zarówno pod względem konstrukcji jak i wyposażenia. Street Rod może stać się bazą dla nowej linii bardziej dostępnych i wszędobylskich motocykli, nawet jeśli starzy harleyowcy narzekają, że to badziewie dla dzieci.

Gdyby Harley-Davidson poszedł dalej tą ścieżką, wszystko jest możliwe. Łatwo sobie wyobrazić liczne kombinacje, podobnie jak to robi obecnie Indian, który z powodzeniem konstruuje mniejsze warianty modelu Scout. Dlaczego nie mielibyśmy zobaczyć Street Roda dopasowanego i wykończonego jak Forty-Eight?

H-D Forty-Eight. Foto: Harley-Davidson

Harley-Davidson nie powinien również wzdragać się przed zastosowaniem nowoczesnych, użytecznych technologii, które co prawda kosztują, ale pozwalają połączyć wielbicieli rodziny wyznającej system iOS i bardziej uniwersalnego Androida, z motocyklową zajawką, bez utraty klimatu neo retro. To są nowe wyzwania na miarę nowych czasów. Czy Harley-Davidson podoła. Być może to… nie ma znaczenia.

Niektórzy wizjonerzy wskazują, że wszystkie obecne trendy i problemy wiodących marek nie mają znaczenia, bo za kilka lat rozpocznie się prawdziwa ekspansja na zupełnie nowym polu. Mowa o motocyklach elektrycznych, które po cichu, dosłownie i w przenośni, trafiają na ulice miast, choćby jako wydajne i tanie środki transportu sieci pizzerii lub opcja w wypożyczalni miejskich jednośladów.

H-D LiveVire. Foto: Harley-Davidson

Co ciekawe Harley-Davidson już od paru ładnych lat udoskonala swój wariant elektrycznego motocykla. Skuteczny i wydajny wariant LiveWire podobno już dawno jest gotowy i mógłby nawet dziś trafić do masowej sprzedaży. Tak się jednak nie dzieje. Być może Harley-Davidson przygotuje się na zapowiedziany przełom. Przyszłość pokaże, czy rzeczywiście tak się stanie.

%d bloggers like this: