Jak kupiłem motocykl i zostałem jego niewolnikiem

O co mi chodzi? Aby to wyjaśnić muszę zacząć od początku. Moja droga do „poważnego” motocyklizmu była taka sama jak w przypadku wielu wielbicieli dwóch kółek…

Zacząłem od używanego skuterka Hondy o pojemności 49 cm3 i mocy niewiele większej od miksera Philipsa, którym rozbijam lód do drinków. Niebieska mydelniczka japońskiego koncernu miała w chwili zakupu najechane bodajże 40 tysięcy kilometrów, skrzypiała po przejechaniu każdego metra, plastiki rozchodziły się w oczach, ale był to pojazd, którym jeździłem dosłownie wszędzie. Nie było problemu zabrać się do warzywniaka po ziemniaki i szczypiorek albo do nieodległej piekarni po świeże bułeczki. Ten wszędobylski motorek miał wiele wad, ale był mały, poręczny, zwrotny, mogłem go zaparkować gdzie chciałem i nie bałem się zostawić, bo kto by ukradł taką pokrakę.

Oczywiście prawdziwi motocykliście nie zauważali mnie na drodze i nieczęsto miałem okazje zobaczyć „lewą w górze”, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo zazwyczaj zajęty byłem wypatrywaniem dziur w drodze, które dla dziesięciocalowych kół były jak paszcza Tyranozaura.

Po pewnym czasie niebieska strzała przestała mi wystarczać, bo poczułem, że jestem gotowy przekroczyć szalone 40 kilometrów na godzinę, które osiągałem jadąc z górki i z wiatrem w plecy. Skuterek trafił do rąk pewnego profesora akademickiego, który przyjechał po Hondę Skodą Felicją i z moją pomocą wciągnął jednoślad na tylna kanapę samochodu. Łez nie było, ale smutna mina tak, bo poza niezliczonymi kursami do sklepów, ten maluch woził mnie na bliższe i dalsze trasy, na które rower to za mało, a samochód za dużo.

Zdjęcie ilustracyjne. Foto: Vespa

Po Hondzie sięgnąłem po wyrób francuskiej myśli technicznej, którą bardzo dobrze znałem, bo miałem w tym czasie samochód marki Renault. Ponieważ skuterów tej marki nie było, musiałem zadowolić się dumnie kroczącym lwem, to jest jednośladem firmy Peugeot. Był to kolejny zabytek motoryzacji, do tego w kolorze zgniłej kapusty, ale dłuższej niż w Hondzie kanapie, a przede wszystkim ciut większych kołach i mocy. W końcu całe 90 cm sześciennych pojemności do czegoś zobowiązuje.

Historia się powtórzyła. Znowu byliśmy nierozłączni. Zjechałem na tym skuterze pół i jeszcze ćwierć Polski, wiozłem na nim stół kupiony w Ikei, worek ze żwirem i wiele innych cudacznych przedmiotów. Aż dziw, że nigdy nie dostałem żadnego mandatu. To był pojazd użytkowy. W zimie stał na dworze pod plandeką, bo nie miałem garażu. Na wiosnę nieco grymasił, ale nie było to nic, z czym nie mógłbym sobie poradzić. Na tym zgniłozielonym bolidzie pędziłem do pracy, na treningi, pojechałem nawet do WORDu, gdy przyszedł mój czas zmierzyć się z egzaminem na prawo jazdy kategorii A. Wydawało mi się, że tak będzie zawsze, ale oczywiście w pewnym momencie zapragnąłem czegoś więcej…

Tym razem przesiadłem się na „włoszczyznę” z silnikiem na licencji Yamahy. W życiu nie widziałem tylu światełek na desce rozdzielczej. Na początku nie wiedziałem nawet, po co komu taka dyskoteka kontrolek. Firma Malaguti nie była popularna w naszym kraju, dlatego używany skuter o pojemności 150 cm3 nabyłem stosunkowo tanio. Ze sprzedawcą umówiłem się pod Pałacem Kultury i Nauki. Był mocno zdziwiony, a nawet trochę przerażony, gdy się dowiedział, że będę wracał tym skuterem do domu… Do Wrocławia.

Podróż zajęła mi siedem godzin, bo nieco się pogubiłem w stolicy, tym bardziej, że były to pierwsze kilometry i w ogóle pierwsza moja jazda tak „dużą i ciężką” maszyną. Pamiętam jak dziś, że gdy minął już strach i nabrałem nieco pewności siebie, a przede wszystkim wydostałem się na drogę krajową, pierwszy raz poczułem się nie tylko swobodny, ale i bezpieczny. Wiecie dlaczego? Bo nie musiałem obawiać się tirów, których pęd oraz ułańska fantazja kierowców spychały mnie z drogi. Na Malaguti jechałem szybciej od ciężarówek! Ba! Mogłem nawet wyprzedzać co wolniejsze zaprzęgi, chociaż to nigdy nie był zbyt bezpieczny manewr na tym jednośladzie.

Czarny jak smoła bolid woził mnie oraz moją dziewczynę nad rzekę, jeździliśmy nim na koncerny do centrum miasta, na piwo, na lody. Przejechaliśmy też tysiące kilometrów dłuższych krótszych i dłuższych tras, z których wracaliśmy bardzo długo, bo lubiliśmy zatrzymywać się gdzieś po drodze i kupować od starowinek pachnące jabłka, miód lub inne lokalne specjały. O skuter nigdy się nie martwiłem. Zostawiałem go gdzie popadnie, niekiedy przypinałem do jakieś stałej instalacji, albo nie. Właściwie nigdy nawet specjalnie się nad tym nie zastanawiałem. Ten jednoślad pozwalał mi dotrzeć dalej, szybciej, wygodniej i przyjemniej, niż gdybym chciał pojechać rowerem, samochodem, czy miejską komunikacją.

Wydawało mi się, że tak będzie już zawsze. Oczywiście spodziewałem się, że kiedyś kupię znowu coś mocniejszego, żeby było jeszcze fajniej, ale właściwie poza tym niewiele się zmieni. Tak się nie stało…

Kupiłem używany motocykl znanej marki, wynająłem garaż. Na początku dużo czasu spędziłem, aby doprowadzić jednoślad do zadowalającego stanu. Gdy już ogarnąłem większość usterek, zacząłem jeździć, ale coś się zmieniło. Mimo że nie miałem nawet litra pod siodłem, maszyna miała słuszną masę i kosztowała też niemało. Zacząłem bardziej się zastanawiać, gdzie postawię motocykl, kiedy dojadę już do celu. Rozważałem również takie kwestie jak ewentualne pozostawienie pojazdu w mniej uczęszczanym miejscu, albo właśnie na odwrót, w lokalizacji gdzie przewija się bardzo dużo ludzi. Po pewnym czasie zauważyłem, że nie siadam już na siodełko tak chętnie i często jak wcześniej. Pomyślałem, że widać ten motocykl jakoś mi nie leży. Biłem się z myślami kilka miesięcy i w końcu go sprzedałem.

Tym razem kupiłem nowy. Praktycznie z salonu. Nie będę wymieniał marki, ale to jest topowa firma i model. To miało być ukoronowanie mojej wieloletniej przygody i kwintesencja dobrej zabawy. W końcu nic już mnie nie ogranicza, prawda? Mam dość mocy, żeby pojechać jednego dnia do Berlina, a drugiego, jeśliby mi się zachciało, nad nasze, polskie morze. Czego chcieć więcej?

Zdjęcie ilustracyjne. Foto: motorcycle-central.com

Początkowo próbowałem jeździć jak zwykle. Hop na siodełko i do sklepu, potem na trening, wieczorem odwiedzić kilku kumpli lub pojechać z dziewczyną na zapiekankę do miasta. Niby wszystko było takie same, ale…

Motocykl już nie stawiałem pod oknem. To dlatego, że leciała na niego lepka maź z okolicznych lip, srały ptaki, a matki odbierające dzieci z pobliskiego przedszkola, nagminnie sadzały swoje pociechy na siodełku. W ogóle piękne kształty motocykla wciąż przyciągały jakiś gapiów, co początkowo mi się podobało, ale przestało, gdy zobaczyłem faceta, który coś kombinuje przy łańcuchu zabezpieczającym, a innym razem, po wyjściu z klubu sportowego, natknąłem się stado gimbazy swobodnie dosiadającej mojego motocykla. Nie chodzi o to, że jestem przewrażliwiony. Po prostu nikt nie lubi taki akcji, bo to prawie tak samo, jakbyś wrócił do domu, a w środku zastał obcych ludzi rozwalonych na twojej kanapie.

Garaż mam pod domem, ale już nie jeżdżę jednośladem po marchewkę. To po prostu trwa za długo. Muszę ubrać motocyklowe ciuchy, a nawet jeśli zrezygnuję z tej opcji, trzeba iść do garażu, wytaszczyć moto na zewnątrz, odpalić, trochę rozgrzać, zamknąć garaż. Każdy z tych czynności trwa niby krótko, ale sumarycznie już nie. Szybciej obrócę z buta. Do tego kwestia wspomnianych motocyklowych ciuchów. Mogę jechać w krótkich spodenkach i trampkach na swoim cruiserze, nie mam z tym problemu, ale jednak jakieś echo obawy pozostaje. To ciężka i duża maszyna. Bardziej się koncentruję i natężam uwagę, bo to już nie przelewki. I pięknie, tylko gdzie się podziała swoboda i spontaniczność?

Do klubu sportowego też nie jeżdżę już na moto. Pracowałem długo i ciężko, żeby kupić drogi motocykl i nie chciałbym, aby kilku gości zataszczyło maszynę do busa i odjechało w siną dal. Ostatnio przeniosłem się do klubu, który ma przeszkoloną witrynę. Niby czuje się bezpieczniej, bo mam motocykl na oku, ale po pewnym czasie zauważyłem, że zamiast ćwiczyć, wciąż spoglądam przez okno.

Krótkie wyloty na miasto z dziewczyną też nie maja już tego smaku, bo główkuję, czy postawić motocykl tu, czy może tam. I czy to będzie na pewno dobre miejsce. Potem zastanawiam się, czy po powrocie znowu będę musiał tłumaczyć jakiemuś pacanowi, że włażenie na czyjś motocykl wcale nie jest takie fajne. Albo znowu zobaczę ślady buciorów, paluchów i nowe rysy w prezencie od niechcianych fanów marki.

Któregoś dnia miałem jechać z dziewczyną na wycieczkę poza miasto. Tym razem zapytała :„A może weźmiemy samochód?”. I rzeczywiście pojechaliśmy samochodem. Potem zastanawiałem się, właściwie dlaczego? Przecież motocykl to frajda, zabawa i przyjemność w czystej postaci! Zapytałem najdroższej. Odpowiedź mnie zaskoczyła: „Bo za dużo myślisz o motocyklu…”.

Czy rzeczywiście? Co się zmieniło? Mam więcej motocyklowych kumpli, lewa w górę i te sprawy, ale zgubiła się gdzieś dawna niefrasobliwość, luz i swoboda. Motocykl rzeczywiście jest moim oczkiem w głowie i często wolę żeby stał bezpieczny w garażu. Oczywiście nadal na nim jeżdżę, ale już nie wszędzie. Więcej myślę o kwestiach bezpieczeństwa swojego i zabezpieczeniu maszyny. Nie wyskoczę na kółko po okolicy ot tak, bo mi się zachciało, tylko przygotowuję się na wyjazd jakbym jechał na wojnę. Często po prostu mi się nie chce bawić z tym całym majdanem.

Czy zostałem niewolnikiem swojego motocykla? To pewnie za mocne słowa, ale coś się zmieniło i to nie na lepsze. Najbardziej doskwiera mi myśl, że gdybym nadal miał swoją niebieską mydelniczkę sprzed dekad, być może bawiłbym się o wiele lepiej…

%d bloggers like this: