Dziurawa guma. No i masz problem…

Powyższy tytuł specjalnie jest dwuznaczny, bo problem uszkodzonej opony to też zagadnienie grubszego kalibru. Od stanu ogumienia zależy nasze bezpieczeństwo i życie. Jeśli opona jest przedziurawiona, po prostu nie jedziemy, ale czy należy ją wymienić, a może lepiej naprawić? W końcu opony motocyklowe są drogie. Inna kwestia to mniejsze lub większe ubytki ogumienia lub uszkodzenia, np. płytkie cięcia. Czy taka opona nadal nadaje się do jazdy. Postaramy się odpowiedzieć na te pytania.

Zacznijmy od tego, że opona motocyklowa powinna być w większości przypadków wymieniona, a nie naprawiona. Jednoślad jest pojazdem, który nie posiada czterech punktów podparcia jak samochód, a z racji sporego przyspieszenia opona podlega dużym przeciążeniom. Szczególnie niebezpieczna może być usterka przedniej gumy, która odpowiada przecież za sterowanie motocyklem. Przypomnijmy również, że przednia opona jest odpowiedzialna za 70 proc. siły hamowania. Ona po prostu nie może zawieść. Większość producentów wprost informuje, że ich produktów nie należy naprawiać, lecz od razu wymienić. Po prostu nie akceptują żadnych napraw.

Czy opony różnią się między sobą? Ogumienie do motocykli typu chopper ma inny kształt, zastosowaną mieszankę i przede wszystkim przeznaczenie niż gumy sportowe o wysokich indeksach nośności i prędkości. Niezależnie od tego jedne i drugie są najczęściej drogie, a w razie usterki pojawia się chęć naprawy i dalszego użytkowania zreperowanego ogumienia. Można to zrobić, chociaż zreperowana opona nie daje oczywiście tej pewności, co egzemplarz nieuszkodzony.

Foto: YT, Ariderslife Uncut

W internecie łatwo znaleźć dziesiątki porad, patentów i pomysłów, które mają w przekonaniu ich autorów skutecznie uratować uszkodzoną oponę, ale są też rozwiązania, które wydają się, przynajmniej teoretycznie, warte rozważenia. Chodzi np. o preparaty samouszczelniające, którymi można dokonać natrysku wnętrza gumy. Zasada działania preparatu przypomina rozwiązanie, które znamy jako uszczelniacze w sprayu, ale jest globalne i stałe, a nie tymczasowe, jak to jest w wypadku pianek mających za zadanie pomóc w razie awarii na drodze.

Oponę można również normalnie użytkować i nie trzeba ograniczać prędkości, jak to ma miejsce w wypadku użycia uszczelniacza. Samouszczelniacz to najczęściej wkładka polimerowa umieszczona po wewnętrznej stronie bieżnika. W wypadku uszkodzenia substancja błyskawicznie zalepia otwór, ale maksymalnie do średnicy 5 mm. Statystyki wykazują, że aż 96 % przebić czoła bieżnika jest spowodowane przedmiotami o średnicy mniejszej niż 4,7 mm. Jeśli przedmiot pozostanie w oponie zostanie szczelnie otoczony przez polimer dzięki działaniu wysokiego ciśnienia i siły odśrodkowej.

Według statystyk prowadzonych przez producentów opon ponad połowa przypadków uszkodzenia dotyczy czoła opony, natomiast pozostałe awarie dotyczą bocznych ścian ogumienia. W tym drugim wypadku wszelkie naprawy są bardzo ryzykowne i niezalecane. Oczywiście różnica polega również na rodzaju uszkodzenia, bo inaczej będziemy podchodzić do wbitego w koło gwoździa, a odmiennie, gdy masowe uszkodzenia spowoduje kawałek blachy, która przecięła gumę na jakimś odcinku. W takim przypadku poważnemu uszkodzeniu może ulec osnowa, czyli gumowany kord stanowiący konstrukcyjnie szkielet opony. Decyduje on o jej wytrzymałości i jest najważniejszą częścią opony. Jego osłabienie może spowodować pęknięcie koła, dlatego właśnie nie naprawiamy uszkodzeń tego typu. To po prostu zbyt ryzykowne.

Wypadałoby jeszcze dodać dwa słowa o wspomnianych uszczelniaczach w sprayu, czyli wersji awaryjnej i jednorazowej. Aby ich użyć, koło musi napompowane do odpowiedniego ciśnienia. W związku z tym warte rozważenia są tylko zestawy wyposażone w wysokociśnieniową pompkę elektryczną i spory pojemnik z pianką. Niestety nawet w przypadku zakupu dobrego zestawu, nie ma gwarancji, że uda się pojechać dalej, bo szanse na tymczasową naprawę opony są połowiczne. Na dodatek, nawet jak się uda, to trzeba bezwzględnie pamiętać, że jedziemy nie więcej niż 50 kilometrów na godzinę. To jest męczące, a na drogach szybkiego ruchu nawet niebezpieczne, dlatego należy jak najszybciej poszukać zakładu wulkanizacyjnego. To nie oznacza niestety, że problemy się skończyły.

Po wstrzyknięciu do opony pianka przyjmuję płynną konsystencję i zachowuje ją do czasu zetknięcia z powietrzem atmosferycznym, dlatego w serwisie pracownicy muszą szybko umyć wnętrze opony oraz felgę. Jeśli tego sprawnie nie zrobią, preparat stężeje zaś usunięcie warstwy filmu może okazać się bardzo trudne. Zdarza się, że pracownicy zakładu oponiarskiego nie chcą podjąć się naprawy opony, która została potraktowana uszczelniaczem w sprayu. Po prostu jest to proces żmudny i pracochłonny i zwyczajnie nieopłacalny dla serwisu.

Bywa, że kłopot może stanowić pozornie tak oczywista sprawa jak odnalezieniem usterki. Pianka może okazać się bardzo skutecznym lepidłem, a pracownik stacji nie będzie mógł pewnością wskazać miejsca uszkodzenia. Taka opona stanie się zatem bezwartościowa. Oczywiście zawsze pozostają do rozważenia klasyczne metody, czyli zastosowanie kołków lub sznurów, ale najczęściej oznaczają one konieczność powiększenia otworu, nawet o kilka milimetrów, co może uniemożliwić dalszą eksploatację tak naprawionego koła.

Czy zatem warto naprawiać opony? Tak naprawdę każda usterka jest inna i trudno wyrokować odnośnie wszystkich, ale jednak najbezpieczniejszym rozwiązaniem jest założenie nowej opony.

Chodzi nawet o tak wydawałoby sie nieistotną sprawę jak… komfort psychiczny. Możesz oczywiście w nieskończoność argumentować sobie, że opona została naprawiona doskonale i wszystko jest okej, ale przecież sobie nie okłamiesz, prawda? Zawsze pozostaje pewna obawa, szczególnie w momentach, kiedy ciśniesz w zakrętach, pędzisz autostradą, lub innych sytuacjach, które oznaczają spory stres dla ogumienia. Nie lepiej odżałować te kilka stów i mieć stuprocentową pewność, że opona nie zawiedzie? Decyzja zawsze należy do Ciebie.

%d bloggers like this: