Pięć motocyklowych legend, które usłyszysz na zlotach

Ostatnio na jednym ze zlotów ktoś mi opowiadał nieprawdopodobną historię, za którą ręczył życiem. Oczywiście była to legendą z motocyklem w tle, zaś wieczór był długi i mocno zakrapiany. Kilka dni później przypomniałem sobie historyjkę, dla zabawy poszperałem w Internecie i spróbowałem zweryfikować pewne fragmenty…

Szybko znalazłem opowieść znajomego w sieci. Właściwie to nawet kilkanaście wersji… Prawdziwa historia okazała się miejską legendą, a ponieważ jest ich o wiele więcej, postanowiłem przypomnieć kilka z nich, które kiedyś ktoś mi opowiadał lub sam na nie natrafiłem. Niektóre nadają się do straszenia dzieci.

Harley w stodole

Harley-Davidson to stara marka motocyklowa, która wywodzi się z czasów bez komputerów, telewizorów i telefonów. Co tu dużo gadać, nawet radio było wówczas nowinką techniczną. Przez ponad stulecie historii marki pojawiło się oczywiście wiele miejskich legend w Harleyem-Davidsonem w tle, ale chyba najbardziej znana dotyczy motocykla znalezionego w stodole. Oczywiście marki H-D, ale nie to jest najważniejsze. Posłuchajcie…

Harley-Davidson z 1940 roku rzeczywiście odnaleziony w stodole. Foto: caimag.com

Ktoś podobno natrafił kiedyś na Harleya w starej stodole. To była stara, rozwalająca się buda. Jej dotychczasowy właściciel odszedł do lepszego ze światów w sędziwym wieku, więc nikt specjalnie po nim nie płakał. Nawet nie było komu. W trakcie porządkowania pozostawionych przez staruszka rzeczy natrafiono na przykryty starymi szmatami motocykl. Okazało się, że to nieco nadgryziony zębem czasu Harley. Ponieważ maszyna nie była na chodzie, prezentowała się raczej słabo i stanowiła część większego majątku, została wystawiona na aukcję z innymi rzeczami.

Gratów po staruszków było kilka kontenerów, w większości barachło – zniszczone meble i zadeptane dywany, jakieś kredensy, trochę porcelany, maszyny rolnicze pamiętające wojnę w Korei. No i motocykl, który ostatecznie sprzedano za kilkaset dolarów. Nowy właściciel szybko zabrał się za restaurację jednośladu i gdy zdejmował elementy obudowy, na jednym z nich zobaczył napis. Inskrypcja była czytelna i wyraźna: „Dla Elvisa”. Pod spodem zszokowany nabywca dostrzegł jeszcze jeden ciąg liter, który składał się w imię… „Priscilla”.

Harley-Davidson z 1940 roku rzeczywiście odnaleziony w stodole. Foto: caimag.com

Dalszy ciąg tej legendy to oczywiście sprawdzanie numerów motocykla, weryfikowanie jego historii i wreszcie potwierdzenie autentyczności. Człowiek, który zakupił motocykl za bezcen, sprzedał go następnie za miliony zielonych papierków. Jedna z tych historii kończy się tak, że motocykl trafia do muzeum, a inna mówi o tym, że maszynę kupił Jay Leno, gospodarz popularnego programu Tonight Show Jay Leno. Co ciekawe, Elvis Presley rzeczywiście był wielkimi wielbicielem marki Harley-Davidson i posiadał wiele tych maszyn. Kto wie, może w jakieś amerykańskiej stodole wciąż stoi jedna z nich?

Japończycy cichcem przejęli Harleya!

Konkurencja pomiędzy Harleyem a japońskim producentami motocykli też zaowocowała niezwykłymi opowieściami. Oto jedna z nich…

Podobno we wczesnych latach 70. gruchnęła wieść, że jedna z japońskich firm, zazwyczaj złym bohaterem jest Honda, ale niekiedy mowa o marce Yamaha, cichcem wykupiła Harleya. Cała transakcja była tajna, a jej konsekwencją jest to, że Amerykanie są oszukiwani przez Japończyków, którzy nieuczucie zarabiają na amerykańskiej legendzie.

Dowodem miałby być… podobne kolory motocykli oferowanych przez Hondę i Harleya oraz relacja dobrze poinformowanego „przyjaciela”, który pracuje w fabryce w Milwaukee. Dziś ta legenda nie ma już takiej siły oddziaływania, bo globalizacja sprzyja zmianie postrzegania pewnych spraw, chociaż Harley nadal traktowany jest jak symbol amerykańskiej tożsamości, stylu życia i wolności. W każdym razie niektórzy Jankesi nadal uważają, że Harley-Davidson od dekad należy do Japończyków, a z dawnej amerykańskiej marki została tylko fasada. Swoją drogą my nie mamy takich rozterek. Nasze Romety i Junaki z Chin cieszą się wielkim wzięciem i nikomu to nie przeszkadza.

Harley-Davidson Fat Boy to obraza dla Japończyków

Z powyższą legendą związana jest jeszcze jedna. Otóż amerykański Fat Boy miał być policzkiem w twarz dumnych Japończyków. Nazwa, którą Harley-Davidson użył dla swojego ciężkiego krążownika, wywodzi się podobno od dwóch bomb atomowych (Fat Man i Little Boy), które Amerykanie zrzucili na Japonię w pod koniec II Wojny Światowej.

FLSTFB Fat Boy. Foto: HOG.com

Fat Boy miał tak samo zniszczyć Japończyków, których motocykle rozpanoszyły się na amerykańskiej ziemi. Koronnym dowodem na prawdziwość tej historii był również kolor pierwszego Fat Boya, którego pomalowano srebrną farbą. Podobno przypominała ona do złudzenia srebrny bombowiec B-29, który spuścił atomówki na Hiroszimę i Nagasaki.

Dwa reflektory niekoniecznie oznaczają dwa motocykle

To historia, która ma już przynajmniej 70 lat, chociaż może być nawet starsza. Znane są różne warianty, wystarczy zmienić kilka szczegółów żeby opowieść pasowała do każdych okoliczności. Posłuchajcie jak to było…

Dwóch motocyklistów jechało kiedyś w nocy przez północną Kalifornię. Droga wiła się niczym wąż wzdłuż skalistego wybrzeża. Tej nocy było pusto i trochę mglisto. Nagle z przeciwka wyłoniły się dwa snopy światła, ale jeden świecił słabo i podskakiwał. „Zobacz Steve, goście na motocyklach włóczą się po nocy tak jak my!” – zakrzyknął pierwszy z pary motocyklistów. „Zaraz zesrają się ze strachu! Patrz na mnie!” – dodał i nagle przyspieszył, celując pomiędzy nadjeżdżające maszyny. Plan był prosty. Chciał przemknąć pomiędzy nimi.

Road Night Scary Headlights. Foto: maxpixel.freegreatpicture.com

Dopiero chwilę przed zderzeniem pechowy motocyklista zdał sobie sprawę, że znajduje się przed maską rozpędzonej, potężnej ciężarówki. W ułamku sekundy, podczas której wszystko wokół zastygło, dostrzegł jeszcze, że jeden reflektor samochodu jest ciemniejszy i luźno przytwierdzony. Potem był huk, błysk i ciemność.

Ciężarówka zatrzymała się wiele metrów dalej, luźny reflektor wypadł podczas zderzenia i potoczył w bok. Zatrzymał niedaleko motocyklowego kasku. Przez wizjer hełmu wciąż spoglądały nieruchome, przerażone oczy…

Łagodniejsza wersja tej legendy kończ się lepiej. Motocyklista przelatuje nad maską ciężarówki, ma połamane nogi, ale przeżywa.

Pechowa Honda?

Pewnego razu facet kupił nową Hondę CB750. Przyjechał nią do domu, a ponieważ miał duży taras ze szklanymi drzwiami, postanowił wjechać motocyklem na drewniane podwyższenie. Chciał widzieć Hondę z domu i sycić oczy nowym nabytkiem. Facet nie był za bardzo obyty z jednośladami, postawił maszynę na centralne nóżce, obchodził, podziwiał i nie dostrzegł, ze zostawił motocykl na biegu.

W pewnym momencie zdecydował się odpalić sprzęt, ale pod tylnym kołem przypadkowo znalazł się kamień, który wypadł z kwiatowej donicy. Koło złapało przyczepność, motocykl wystrzelił w przód i uderzył nowego właściciela tak nieszczęśliwie, że ten wywrócił się na szklane drzwi tarasu i został poraniony przez rozbite szkło. Mężczyzna na szczęście szybko trafia do szpitala, gdzie rany zostają zszyte i opatrzone.

Honda CB750 Four. Foto: Cmsnl.com

Tymczasem żona pechowca próbuje zrobić coś z leżącym wśród odłamków motocyklem, z którego na podłogę wyciekła benzyna. Ponieważ łazienka jest w bezpośrednim sąsiedztwie, kobieta używa papieru, aby wytrzeć kałużę i wyrzuca papier do sedesu. W tym czasie mąż wraca ze szpitala, idzie do toalety, siada na sedesie i zapala papierosa żeby odrobinę się odstresować po wyjątkowo nieudanym dniu. Kończy palić i wrzuca peta do muszli… Następuje głośny wybuch i krzyk. Niedoszły motocyklista znowu jedzie do szpitala, tym razem z oparzeniami wstydliwych okolic ciała…

W większości przypadków legenda ma dalszy ciąg. Kiedy zbolały motocyklista opowiada swoją historię niosącym go sanitariuszom, rozbawia ich tak bardzo, że przypadkowo upuszczają nieszczęśnika na podłogę. Tym razem mężczyzna łamie rękę. Co najciekawsze, ta historia podobno pojawiła się wiele razy w niejednej z amerykańskich gazet i istnieją osoby, które dałyby sobie rękę uciąć (nomen omen), za jej prawdziwość.

Znajcie inne opowieści? Podzielcie się z nami.

%d bloggers like this: