Szalony rajd przez Saharę i góry Atlas na „motorynkach”

Jeden z głównych argumentów, który przywołujemy, aby uzasadnić, dlaczego nie możemy wybrać się na motocyklową wyprawę jest… motocykl. A bo za duży, za mały, pali jak smok i jest stary. Po prostu nie da rady, na pewno coś się zepsuje, to się nie uda. Znacie to?

To wyobraźcie sobie teraz dorosłych facetów na motorkach sięgających im nieco powyżej kolan, którzy zdecydowali się przejechać grubo ponad tysiąc kilometrów po Saharze od Marrakeszu do wybrzeża Atlantyku. Niemożliwe? To się rzeczywiście wydarzyło a ten niezwykły „wyścig” zwie się Monkey Run.

Monkey Run. Foto: The Adventurists

Na jutubie można obejrzeć zapis z przygody dwóch fanów tego przedsięwzięcia. No dobrze, właściwie tylko „testowania” trasy przez Mr Toma i Buddy Munro. Patrząc na ich wyczyny, można odnieść wrażenie, że kręcąc swój materiał wzorowali się na bohaterach filmu „Głupi i głupszy”. Różnica polega na tym, że ta trasa i uczestnicy rajdu istnieją naprawdę.

Nazwa nie jest przypadkowa. Czternastu śmiałków, którzy wzięli udział w nietypowym wyścigu, musiało pokonać pustynną trudną trasę w siodłach słynnego modelu Honda Monkey Bike. Przypominający nieco naszą motorynkę pojazd o pojemności 49 cm3 powstał w 1961 roku i znany był jako Z50. Silnik małpki dysponuje zaledwie pięcioma koniami mechanicznymi (3,5 kW).

Monkey Run. Foto: The Adventurists

Początkowe modele nie posiadały żadnej amortyzacji, ale po pewnym czasie zaczęto produkować wersję amortyzowane z przodu, a w 1972 roku wprowadzono model Z50J, który posiadał aktywne zawieszenie również z tyłu. Koła tego malucha we wczesnej wersji miały wielość 89 mm x 127 mm (3,5 – 5 cali), natomiast późniejsze modele dostały nieco większy wariant 89 mm x 203 (3,5 – 8 cali).

Warto dodać, że na świecie już znacznie wcześniej pojawiły się podobne maleństwa, m.in. znany z okresu II Wojny Światowej Excelsior Welbike wykorzystywany przez… spadochroniarzy. Natomiast dopiero Honda Monkey upowszechniła ten typ pojazdu.

Monkey Run. Foto: The Adventurists

Pierwsza edycja Monkey Run odbyła się w kwietniu zeszłego roku. Być może zastanawiacie się czy to głupota, czy szaleństwo. Sześć dni w siodle jednośladu o wielkości walizki, na dodatek w ponad 40-stopniowym upale, to nie przelewki. Okazuje się, że istnieją ludzie gotowi do jazdy w poprzek pustyni na pojazdach, które niemal na pewno do tego się nie nadają.

Mimo wszystkich swoich niedociągnięć, do których należy także brak wydajnego układu chłodzenia, a właściwie brak wszystkiego czego oczekujemy od motocykla przeznaczonego do długich podróży, pionierzy Monkey Run uznali, że ich pojazdy są doskonale przystosowane do niezwykłego wyczynu.

Po pierwsze małpki są lekkie i tak małe, ze w razie wywrotki kierowca natychmiast ląduje na ziemi, właściwie nawet nie upada a jedynie kładzie się na niej. To zwiększą bezpieczeństwo, tak samo jak niewielka prędkość tych pojazdów, która wynosi zaledwie około 30 kilometrów na godzinę.

Monkey Run. Foto: The Adventurists

Kolejna sprawa to prosta jak konstrukcja cepa budowa silnika, którego większość nieuchronnych awarii można naprawić za pomocą srebrnej taśmy izolacyjnej i młotka. Jeszcze jeden argument, wcale nie mniej ważny, to reakcja surowych Beduinów i innych mieszkańców suchej jak pieprz Sahary na widok dorosłych facetów, którzy jadą z kolanami pod łokciami na motorkach mniejszych od przeciętnej kozy.

Ten obraz niezmiennie wywoływał szczery uśmiech na twarzach wszystkich ludzi, którzy zetknęli się z zawodnikami Monkey Run. Za ten pocieszny widok nieustraszeni rajdowcy nie raz dostali wodę, daktyle i pomoc, bez której ciężko byłoby im pokonać trudną trasę. Gdyby Mad Max miał rodzinę, zawodnicy Monkey Run na pewno by do niej należeli.

Monkey Run. Foto: The Adventurists

Ich wyprawa miała jeszcze jeden aspekt nietypowy dla motocyklowych rajdów, ale bliski przygodzie i włóczędze na dwóch kołach. Otóż nie istniała żadna wytyczona z góry trasa do miejsca przeznaczenia. Zawodnicy musieli przebyć również część najwyższego pasma górskiego w Afryce, czyli Atlas, nie mając o tym za bardzo pojęcia. Ponieważ często się gubili, korzystali z gościnności zamieszkujących te okolice autochtonów. To naprawę była dzika przygoda.

A o to jak opowiadają o trasie bohaterowie nagrania: „Spodziewałem się świetnej zabawy i dużo off-roadu. Czy jakoś przygotowaliśmy się do rajdu? Zanim wystartowaliśmy, przejechaliśmy jakieś 100 kilometrów w terenie. Czy to było niebezpieczne? Niekiedy tak, na przykład w okolicy klifów. Właściwie to zgubiliśmy się już około 15 minut po starcie, ponieważ mój kolega nie miał żadnej mapy. Na szczęście w tym momencie pojawił się pewien facet o imieniu Jules, który pokazał nam, w którym kierunku mamy jechać”.

Monkey Run. Foto: The Adventurists

Podobno motorki dość dobrze radziły sobie podczas zjazdów z górki i płaskich części tras drogowych. Były też znacznie bardziej skuteczne w błocie, niż ktokolwiek się spodziewał. Bez problemu przeżyły również całkowite zanurzenie w słonej wodzie na plaży Taghazout. W przypadku naszych bohaterów nawet dwa razy. Ostatecznie podczas eskapady liczącej sobie 1370 kilometrów zepsuły się tylko kilka razy, ale z wszystkimi usterkami poradzili sobie… lokalni mechanicy.

Po sukcesie Pioneer Edition The Monkey Run, organizatorzy, czyli ekipa The Adventurists, planują aż dwa tego typu wyścigi w ciągu roku (w Maroku). Ponieważ popularność tego szalonego rajdu przerosła oczekiwania The Adventurists, pomysłodawcy przedsięwzięcia rozważają poprowadzenie trzeciej imprezy „gdzieś na świecie”.

To może w Polsce? Co prawda Pustynia Błędowska nam zarosła, ale góry mamy piękne, na pewno dałoby się skonstruować jakąś malownicza i ekstremalną trasę…

%d bloggers like this: