Więcej 125-piątek i mniejszych maszyn. Robi się niebezpiecznie?

Polski rynek motocykli ma się dobrze jak nigdy dotąd. Dzięki „uwolnieniu” 125-tek, jednoślady o mniejszej pojemności wciąż doskonale się sprzedają – wystarczy samochodowe prawo jazdy trzymane w portfelu od trzech lat, żeby zasiąść za kierownicą Yamahy MT-125 lub Hondy CBR125R. Dodajmy, że w zeszłym roku rejestracja nowych jednośladów osiągnęła rekordowy poziom 54 297 sztuk. To o blisko 8 procent więcej niż w roku poprzednim.

To pojazdy z silnikiem do 125 centymetrów sześciennych cieszą się największą popularnością i wpływają na doskonałe wyniki sprzedaży. Tylko w grudniu ubiegłego roku zarejestrowano ponad 5 razy więcej maszyn tego typu niż w analogicznym miesiącu poprzedniego roku. Wzrost wyniósł 419 procent! Zresztą poprzednie miesiące były równie dobre.

Tegoroczne statystyki są nieco gorsze, ale nadal dowodzą głównie tego, że motocyklowa brać rośnie w siłę. Miesiąc w miesiąc na polskich drogach przybywa 2-3 tysiące motocykli. Co ciekawe, samych 125-piątek zarejestrowano od początku roku do września grubo ponad 12 tysięcy!

To oczywiście świetnie. Zmiany można dostrzec gołym okiem. W mojej dzielnicy, gdzie mieszkają głównie ludzie w jesieni swojego życia, pojawiło się sporo skuterów o pojemności 125 cm3. Starsi panowie podjeżdżają nimi praktycznie pod bramę, często tarasując wejście – lata już nie te, sił brak, na działkę wygodniej dojeżdża się skuterem niż rowerem. Po powrocie najlepiej zaparkować tuż pod oknami.

Poza emerytami przez spokojną dotychczas osiedlową uliczkę pędzą młodzieńcy w czarnych kaskach. Najczęściej na swoich Junakach M12 i Rometach RX 125. Co wieczór pojawia się także jeden demon szybkości na Romecie Arrow Fly 125. Czy to źle?

Kiedyś nawet poczciwe motorynki były towarem luksusowym, drogim i dostępnym dla nielicznych. Na początku nowego wieku sytuacja się zmieniła, a dzięki popularności maszynek Rometa i Junaka, oraz tanim kredytom, nawet mało zarabiający Polacy mogą pozwolić sobie na zakupu jednośladu. Oznacza również, że na drogach pojawiła się masa osób, które na silnikowych jednośladach jeździć nie powinny, albo należałoby wysłać je na kurs doszkalający. Po prostu stwierdzam fakt na podstawie moich codziennych obserwacji.

Romet RX 125 Tour. Foto: romet.pl
Romet RX 125 Tour. Foto: romet.pl

Najgorsze są dwa wspomniane przypadki. Dziadkowie, którzy postanowili dodać sobie wigoru lub przypomnieć młode lata, kupując i dosiadając 125-piątkę w wersji skuterowej lub motocykla o mniejszej pojemności, oraz młodzież, która korzysta z kategorii AM umożliwiającej jadę 50-siątką od 14 roku życia. W tym ostatnim przypadku odnoszę wrażenie, że 50-tki istnieją głównie na papierze, bo standardowy widok w mojej okolicy to małolaty pędzące grubo powyżej 70 km/h na skuterkach wielkości roweru Pelikan.

Ponieważ poza motocyklem przemieszczam się po mieście również samochodem mam okazję obserwować użytkowników jednośladów z obu perspektyw. Z moich doświadczeń wynika, że co raz więcej osób na małych jednośladach jeździ, jakby w życiu nie słyszała o przepisach ruchu drogowego. Weźmy jeden manewr, którego jestem świadkiem przynajmniej raz w tygodniu.

Pobliskie skrzyżowanie ze światłami, pojazdy nadjeżdżające z przeciwka mogą również skręcić w lewo. Po zmianie świateł na zielone, właściciele 125-piątek i ich mniejszych odpowiedników startują jak karetka z pacjentem po zawale na pokładzie. Pełna petarda i do przodu, bez zastanowienia i prawdopodobnie z przekonaniem, że pojazd nadjeżdżający z przeciwka powinien ustąpić chińskiej strzale. Niestety na tym właśnie skrzyżowaniu jest kostka brukowa, którą ułożyli jeszcze Niemcy przed II Wojną Światową.

Nawierzchnia zapadła się w kilku miejscach i mniejsze koła wpadają w dziury natychmiast wytracając prędkość bolidu. Małoletni delikwent niemal staje na środku pasa z przerażeniem spoglądając w reflektory nadjeżdżającego samochodu, który ma zielone światło i pierwszeństwo przejazdu. Kończy się to różnie, sam o mało nie rozjechałem jednego biedaka i wiem o kilku przypadkach, które skończyły się niestety kraksą i obrażeniami skuterzysty.

Wśród początkujących właścicieli jednośladów pokutuje przekonanie, że samochody są wolne jak wozy drabiniaste i trzeba je wyprzedzać w każdych okolicznościach bez względu na przepisy. To się może udawać do czasu, ale w końcu skończy tragicznie. Wydawałoby się, że każdy powinien to wiedzieć, zdawać sobie sprawę z zagrożeń i obowiązków członka zmotoryzowanej braci. Otóż niekoniecznie…

Inny problem, który powoli staje się regułą, dotyczy zatrzymania przed światłami. Właściciel skutera albo małego jednośladu dojeżdża do sygnalizatorów i pakuje się na pasy dla pieszych. Niekiedy zawodników jest kilku i ustawiają w rzędzie, często utrudniając przejście pieszym.

Niestety część miejskich kaskaderów zdaje się nie dostrzegać znaków poziomych. W powyższym przypadku wystarczyłoby przecież wiedzieć, że przepisy nie zabraniają dojechania do linii świateł i zatrzymania obok samochodu, bez najeżdżania na linię ciągłą. Oczywiście niekiedy tak się może zdążyć, hamowanie nastąpi za późno, każdy może popełnić błąd – ale ja mówię o wjeżdżaniu na pasy z premedytacją. Być może chodzi o pewną niefrasobliwość, albo zwyczajne olewanie obowiązujących zasad.

Inne przewiny to brak sygnalizowania chęci zmiany pasa ruchu, zbyt bliskie dojeżdżanie do samochodu lub jazda dłuższy czas obok auta (kierowca może nagle odbić kierownicą w bok, widząc dziurę w nawierzchni lub inną przeszkodę). Problemów jest więcej i obawiam się, że będą narastać.

Co raz więcej ludzi kupuje i używa jednośladów o małej pojemności tak, jakby to były rowery, a nie szybkie pojazdy silnikowe, których obsługa wymaga nie tylko umiejętności manualnych, znajomości zachowania skutera lub motocykla, właściwej techniki jazdy, ale przede wszystkim przepisów ruchu drogowego.

Czy jest jakieś sensowne rozwiązanie tego problemu? Na razie nie widać go na horyzoncie…

%d bloggers like this: