Yamaha Bolt czy H-D Sportster Iron? Który wybrać?

Spora części motocyklowej społeczności ma głęboko pod siodełkiem minimalną liczbę sekund potrzebną do osiągnięcia 100 km/h, ultra równą pracę silnika, miękkie jak masło osełkowe działanie skrzyni biegów i inne cuda nowoczesnej techniki. W czasach, kiedy wszystko jest co raz bardziej zautomatyzowane, siermiężna maszyna, która terkocze, bulgocze i trzęsie nie lepiej niż pierwsze traktory marki Ursus, oznacza cały wachlarz trudnych do opisania emocji i nieskrępowaną niczym radość. W bonusie fani neoklasyków dostają jeszcze oldschoolowy, kapitalny wygląd motocykla. I to jest super.

Parę lat temu, aby dostąpić tych wrażeń, należało spoglądać głównie w kierunku sztandarowych modeli z logo H-D lub angielskiego Triumpha, ale od jakiegoś czasu to się zmienia i nawet wybiegające w przyszłość marki, w rodzaju Yamahy, oferują modele retro lub nawiązujące do klasyki. Jednym z nich jest Yamaha Bolt, z którym chciałem się bliżej poznać i przekonać, jak wypada japoński cruiser w porównaniu do Sportstera Irona. Obie maszyny wyglądają zacnie, mają podobne osiągi i zbliżoną cenę. Co je różni?

Wygląd

Nieważne komu pokazywałem zdjęcia Bolta lub jego samego, odbiorcy mlaskali i cmokali z ukontentowaniem, jakby właśnie dostali darmową kremówkę papieską. Licząc na jakąś konstruktywną krytykę, postawiłem Bolta obok Irona, i byłem pewien, że z tego pojedynku motocykl Yamahy wyjdzie z flakiem w obu oponach, pognębiony i smutny. Nic z tego. Za każdym razem słyszałem, że to piękna maszyna, a w wypadku starszych rozmówców, najczęściej dość wrogo nastawionych do wszystkiego poza telewizją Trwam, musiałem jeszcze wysłuchać motocyklowych wspomnień o dawnych wueskach, jawach i sokołach. Słów krytyki się nie doczekałem.

bolt7
Yamaha Bolt. Foto: Michał Sulka, www.facebook.com/MichalSulkaFotografia

Wychodzi na to, że projektanci i designerzy z Yamahy odwalili kawał dobrej roboty. Motocykl ma przyjemną dla oka linię, pięknie wyprofilowany bak, zgrabnie wkomponowany w ramę silnik V2. Dobrze ogarnięto tylną sekcję z masywnym kołem. Klasyczna sylwetka i prezencja nawiązująca do legendy z Milwaukee wyszła Yamasze na dobre. Nikt właściwie Japończykom nie ma za złe, że skorzystali ze sprawdzonego wzorca konkurencji. Ważne, że zrobili to po swojemu.

bolt5
Yamaha Bolt. Foto: Michał Sulka, www.facebook.com/MichalSulkaFotografia

Dodajmy jeszcze, że Yamaha też przecież nie wypadła sroce pod ogona. Japońska marka może poszczycić się 60-letnią historią i wieloma udanymi konstrukcjami. Jednak to Sportster powstał w latach 50. ubiegłego wieku i ma za sobą sześć dekad motocyklowej epopei, poprawek, przeróbek, ulepszeń, zaś Bolt istnieje zaledwie od 2013 roku. I to jednak robi różnicę.

Diabeł tkwi w szczegółach

Bolt traci nieco ze swego niezaprzeczalnego uroku jeśli mu się bliżej przyjrzeć i wciąż stosować porównanie do H-D. Słynny już, cyfrowy wyświetlacz, który świetnie sprawdziłby się w chińskim tosterze, na kierownicy XV950 prezentuje się cokolwiek blado. Mało eleganckie są obudowy przycisków na kierownicy, plastiki ramion i główki kierunkowskazów. Kolejne elementy to osłona pasa napędowego, pokrywy zaworów, tylne światło LED przypominające kubek po jogurcie. Wszystkie te części wykonano z plastiku, który sam w sobie nie jest przecież zły, ale u konkurencji z H-D te części są zrobione z solidnego metalu. Tego wrażenia solidności, ciężkiej, ale niemal niezniszczalnej bryły metalu, która dzięki kilku kroplom oleju i kawałkowi irchowej ściereczki przetrwa kolejne sześć dekad, w wypadku Bolta po prostu nie miałem. I nie czułem.

Silnik

Silnik Bolta to konstrukcja nowocześniejsza niż w Sporciaku bazującym na wprowadzonej w 1984 roku konstrukcji Evolution, która oznaczała m.in. lżejsze i lepiej odprowadzające ciepło aluminiowe głowice i cylindry. W komplecie pojawił się też alternator, a nieco później wtrysk i gumowe zawieszenie. Bolt nie musiał przechodzić tej mozolnej ewolucji. W ramie kryją się dwa cylindry i trzy zawory na głowicę, które sterowanie są pojedynczym wałkiem. Oczywiście wszystko na wtrysku.

bolt6
Yamaha Bolt. Foto: Michał Sulka, www.facebook.com/MichalSulkaFotografia

Zarówno jednostka z Sportstera, jak i silnik w Boltcie, chłodzone są powietrzem. Bolt ma nieco większą pojemność, czyli 942 cm3 (w H-D 883 cm3). Obie maszyny mają zbliżone osiągi, chociaż Yamaha dochodzi „do setki” w niecałą sekundę szybciej. Szczerze mówiąc, to mechaniczne porównanie i tak niewiele wnosi, bo tych motocykli nie dosiadają osobnicy pokroju Valentino Rossi, ale riderzy, którzy szukają czegoś innego. Takie sprawy jak przyjemność z jazdy, prowadzenie, zachowanie motocykla, nie znajdują wyraźnego odbicia w statystykach. A w tym temacie dzieje się właśnie najwięcej.

Jazda

Na przejażdżkę Boltem wybrałem długie, puste, asfaltowe serpentyny, kawałek autostrady i nieco wybojów. Bolt jest bardzo posłuszny, wersja R, którą miałem przyjemność dosiadać dzięki uprzejmości chłopaków z wrocławskiego Motorlandu, delikatnie huśta na gazowych amortyzatorach, dzięki czemu czułem się jak Aristotelis Onasis na swoim jachcie. Firmowe wydechy brzmią jakby zostały w garażu, dlatego zapewne z miejsca wymieniłbym je na coś bardziej wyrazistego. Trudno się jednak o to czepiać, bo w H-D jest dokładnie tak samo.

Co daje się odczuć z miejsca i od razu, to płynniejsza jazda, równiejsze oddawanie mocy i lekka zadyszka na piątym biegu. Drobny dysonans stanowi zbyt długi skok na biegu pomiędzy jedynką a dwójką, co w miejskim rozgardiaszu skutkowało wbijaniem luzu. Bardziej wygodna, kanapowa pozycja, aż prosi się o wysunięte do przodu podnóżki.

Yamaha Bolt i H-D Sportster Iron. Foto: Inforiders.pl

Gdybym nie jeździł Ironem, zapewne tyle wystarczyłoby mi do szczęścia, ale konkurencyjna, amerykańska konstrukcja ma coś jeszcze do zaoferowania. To trudne do sprecyzowania wrażenie z trudem ogarniętej wściekłości. Składa się na nią zarówno metaliczny brzęk wbijanych biegów jak i czysta agresja podczas przyspieszenia, które nigdy nie było tak płynne i równe, jak to się odbywa w Boltcie. Gdybym miał to ująć jednym zdaniem, napisałbym, że Bolt robi wszystko, żeby uprzyjemnić kierowcy jazdę, Sportster Iron robi wszystko, aby o tym zapomniał. To paradoks, ale ostatecznie więcej frajdy miałem z okiełznania Irona…

Czy to naprawdę tak źle? Trzeba uczciwie wyjaśnić, że Yamaha Bolt w wersji standard to tak naprawdę baza, z którą można zrobić dosłownie wszystko. Podobno ten motocykl nawet średnio rozgarnięty amator może rozebrać do ostatniej śrubki. I wcale nie zajmie mu to wiele więcej czasu niż profesjonaliście. Katalog bajerów i customowych części Yamahy nie jest tak obszerny jak w wypadku H-D, właściwie jest całkiem skromny, chociaż to się cały czas zmienia. Oczywiście otwartą kwestia pozostaje, ile to wszystko kosztuje?

Yamaha Bolt. Foto: Michał Sulka, www.facebook.com/MichalSulkaFotografia

Otóż niemało, ale to przecież taki urok tych sprzętów… Jeździsz tydzień, dwa, może miesiąc. Potem zaczynasz kombinować. Iron w tej kwestii ma bez wątpienia więcej do powiedzenia. Na upartego można nawet wymienić 883 cm3 na 1200 cm3. Mimo to, z Bolta też można zrobić ulicznego zawadiakę. Ale jednak Iron ma to w standardzie.

Hamulce, walory eksploatacyjne i inne, drobniejsze niuanse w rodzaju lusterek… W tych wszystkich kwestiach Yamaha staje na wysokości zadania. Drobny zgrzyt dotyczy jedynie podnóżków, które równo przecierają się na winklach. To oczywiście kwestia niskiego zawieszenia, które w H-D jest równie blisko podłoża. Różnica polega na tym, że podnóżki w Ironie mają specjalne szpilki, które można do woli ścierać bez uszkadzania głównej konstrukcji. W Boltcie jedziemy od razu po mięsie.

Ile za tego Bolta?

Ceny… Yamaha Bolt, która w Europie właściwie nazywa się XV950, występuje w trzech wariantach poczynając od wersji standardowej, przez wspomniany wariant R, po wersję Racer. Między wersją Standard a R jest kilka różnic, m.in. wymienione już, gazowe amortyzatory z pełną regulacją, ABS, lepszej jakości siedzisko z obiciem stylizowanym na koźlą skórę. Oczywiście za te bajery trzeba też ekstra zapłacić. Wersję standard można zakupić od 35 600 zł, zaś za wariant XV950R trzeba wyłożyć minimum 39 200 zł.

W wypadku Sportsterów też występuje kilka modeli, ale standardowo Bolt najbliżej ma do Irona, który na rok 2016 kosztuje aż 41 500 zł (jednak z kilkoma dodatkami w wersji podstawowej, np. lepszymi amortyzatorami, owalnym filtrem powietrza i paroma duperelami jak np. dziurkowana osłona pasa napędowego). Co ciekawe, zeszłoroczny Iron kosztował „zaledwie” nieco ponad 37 tysięcy. W tym czasie za Bolta trzeba było zapłacić właściwie tyle samo co teraz.

bolt9
Yamaha Bolt. Foto: Michał Sulka, www.facebook.com/MichalSulkaFotografia

Zabawa z cenami wygląda zresztą zupełnie inaczej w salonie, gdzie można uzyskać ciekawe, dodatkowe wyposażenie w cenie, lub ją obniżyć. Dla przykładu, w tej chwili Yamaha oferuje do Bolta oryginalny wydech marki Akrapovič za… 1 zł! Tak, to nie błąd. Za jedną złotówkę. Akcja potrwa jeszcze do końca roku i biorąc pod uwagę ceny tych wydechów, chyba każdy przyzna, że to świetna sprawa.

Który lepszy?

Czy ten pojedynek można zatem jakoś rozstrzygnąć? Wydaje mi się, że nie. Mimo zbliżonej stylistyki, obie maszyny oferują jednak inne wrażenia z jazdy. Bolt jest bardziej przewidywalny, posłuszny i chętny do współpracy. Mimo, że oba motocykle średnio nadają się na dłuższe trasy, pewniejszym wyborem wydaje się motocykl z logo Yamahy.

Za to Iron cieszy oczęta bardziej dopracowanym wyglądem, szczegółami, które sprawiły, że marka H-D ma ten swój trudny do podrobienia styl i charakter. Nie jest to też maszyna tak przyjazna, trzeba się z nią dłużej oswajać i właściwie ciągle trochę zmagać, co mimo wszystko daje masę frajdy. W mieście Iron jest zwrotniejszy i szybszy, chociaż warto ubrać buty z grubszą podeszwą, bo stopa może boleć od wbijania biegów. Bolt będzie w tym czasie toczył się po ulicach gładko i przyjemnie.

Yamaha Bolt i H-D Sportster Iron. Foto: Inforiders.pl

Oba jednoślady grzeją się jak stare piece kaflowe, chociaż odniosłem wrażenie, że Iron generuje więcej ciepła opalającego wewnętrzne części ud jakby były ziemniakami w ognisku. I na koniec jeszcze jedno, Bolt pali mniej. Chociaż to akurat chyba jest najmniej ważne…

Andrzej Sitek

2 komentarze

  1. Przejechałem wiele tysięcy mil jednym i drugim. Wybieram Yamahę Bolt. Z całą pewnością lepsza jakość, niezawodność i przyjemność z jazdy. Codziennie słyszałem na amerykańskiej ulicy, że mam piękny motocykl. Harley to gwarancja tego, że podczas podróży w upalny dzień będziemy zmuszeni zrobić telefon do przyjaciela ,bo przegrzejemy silnik. No i to szarpanie przy spacerowej jeździe – masakra. Z całym szacunkiem dla legendy, ale jednak to nie ta technologia.

%d bloggers like this: