Cudze chwalisz, a swojego nie znasz, czyli odlotowe projekty Szymona Chwalisza

To, co wyrabia z aerografem, pędzlem oraz innymi narzędziami malarskim Szymon Chwalisz można nazwać krótko – to magia i sztuka. Na dodatek swoje umiejętności nie ogranicza do płócien w pozłacanych ramach, które potem kurzą się galeriach lub wiszą smutno w snobistycznych salonach, ale daje upust ekspresji na materiale, który jest nam najbliższy. Na motocyklach i kaskach. W ten sposób dzieła Szymona zyskują życie, bo spotykają się z tysiącami ludzi na ulicach. Jak to się wszystko zaczęło?

Inforiders.pl: Byłeś uzdolniony od dziecka? Skończyłeś szkołę plastyczną?

Szymon Chwalisz: Nie wiem czy byłem uzdolniony od dziecka. W ogóle nie wierzę w coś takiego jak talent. Kiedyś ktoś mądry powiedział, że trenując jakąkolwiek dziedzinę codziennie przez osiem godzin, po dziesięciu latach zostaje się mistrzem świata, chcąc nie chcąc. Na pewno od dziecka, i to chyba zostało mi do dzisiaj, miałem bardzo bujną wyobraźnię. Pamiętam, że dzięki moim rodzicom byłem tym szczęściarzem, który mógł bawić się klockami LEGO.

Z perspektywy czasu wiem, że takie zabawy bardzo rozwijają. Rysowałem, lepiłem z plasteliny, cały czas coś dłubałem.. I nawet się nie spostrzegłem, kiedy stało się to moim zawodem. Pierwsza szkoła plastyczna to tak naprawdę studia. Zrobiłem dyplom z malarstwa u profesora Hryceka na Poznańskim UAM-ie. Wcześniej, poza lekcjami plastyki w gimnazjum, nie miałem do czynienia z edukacją w kierunku sztuki.

Foto: Szymon Chwalisz

Ile czasu zajęło Ci dojście do biegłości, którą umożliwia tworzenie takich dzieł? Może ja też spróbuję… Mam tu taki mały rysuneczek…

Ha, ha, ha! W sierpniu minęło 29 lat! Wiesz, tak naprawdę to poświęciłem temu całe moje dotychczasowe życie. Czasami byłem wkurzony sam na siebie, że koledzy chodzą na imprezy, jeżdżą na kajaki, spotykają się w pubach na piwku, a ja siedzę w pracowni i dłubię. Pracoholik egoista! Tak bym się teraz określił…. Co najgorsze, a może najlepsze, cholernie konsekwentny ze mnie gość. Może to działanie podświadome, bo zawsze w mojej rodzinie powtarzano: „Możesz robić w życiu co chcesz, byle byś był w tym najlepszy”. I teraz tak myślę, że bardzo mi to zdanie utkwiło gdzieś w środku.

Poza tym, mam taki charakter, że niepowodzenia bardzo mnie motywują. Za wszelką cenę chcę poprawić to co schrzaniłem. Być może niekiedy za zbyt wysoką cenę. Dlatego, kiedy czasami zdarzy się klient, który pyta: „Dlaczego tak drogo? Przecież malowałeś to 2 godziny…” – zawsze odpowiadam, że nie płaci mi za dwie godziny przy sztaludze, tylko za 29 lat pracy.

szymon_chwalisz_01
Foto: Szymon Chwalisz

A teraz kawa na ławę. Łaziłeś po ulicy z puszką spraju i mazałeś po ścianach?

Pewnie, że tak! Może nie byłem jakimś maniakiem w tej dziedzinie, ale takie malowanie wielkoformatowe też dużo mnie nauczyło. Zupełnie inaczej łapie się perspektywę i proporcję… A poza tym, praca „na adrenalinie” bywa fascynująca. Teraz już nie praktykuję tego rodzaju malarstwa, choć śledzę, co się dzieje na polskiej i światowej scenie street art. Poszło to w bardzo dobrym kierunku. Malarze stali się bardzo kreatywni i, co najważniejsze, krytyka zaczęła w końcu traktować to jako dziedzinę sztuki. Zdarzało mi się nawet przenosić klimat street artowy na obrazy na motocyklach albo kaskach. Zawsze efekt końcowy był bardzo ciekawy.

Czy uważasz, że można się nauczyć malować tak jak Ty?

Tak jak ja… Nie. Inaczej… Na pewno! Nigdy nie chciałem malować czy rysować tak jak Da Vinci, Dürer, czy Witkacy. Oczywiście inspirowali i wciąż inspirują mnie różni malarze. Podpatruję i wynajduję wiele knyfów, ale nie wbiłem sobie do głowy, żeby być ich kopiami. Chcę być Szymonem Chwaliszem! I uwierz mi, to jest o wiele trudniejsze niż bycie Leonardem da Vinci…

szymon_chwalisz_09
Foto: Szymon Chwalisz

Ciekawe, co by na to powiedział da Vinci… Co jest najtrudniejsze w malowaniu areografem?

Z mojej perspektywy… Na pewno nie odpowiem Ci obiektywnie. Najtrudniejsze w malowaniu aerografem jest opanowanie warsztatu malarskiego. Tak naprawdę we wszystkich technikach malarskich, a aerograf z pewnością do takich należy, zasady są takie same. Kolory mieszają się tak samo, opanowanie światła i cienia jest niezmienne, perspektywa, proporcja, trójwymiarowość… Wszystko jest takie samo. Narzędzie? Mam wrażenie, że gdybym miał malować widelcem zamoczonym w pomidorówce, to po miesiącu treningu byłbym w stanie zrobić całkiem dobry portret.

Obrazy malowane pomidorówką… Uruchomiłeś moją wyobraźnię, dzięki! Powiedz mi jeszcze jak to się ma do malarstwa… Czy ciężko przesiąść się z pędzla na aerograf?

Opanujesz kredki świecowe – opanujesz ołówek. Opanujesz ołówek – opanujesz pastele. Opanujesz pastele – opanujesz farby olejne… I tak dalej, analogicznie. Według mnie, bardzo ważne jest poznawanie wielu technik malarskich i graficznych, bo z każdej czerpiesz to, co jest potrzebne do osiągnięcia zamierzonego efektu w produkcie finalnym. Aerograf to powietrzny pędzel, i czasami właśnie za tą jego lekkość go nie lubię. Przy malowaniu kasków i motocykli zdarza się, że stosuję różne techniki malarskie – także pędzle, choć może pod lakierem bezbarwnym tego nie widać. Żeby uzyskać zamierzoną fakturę trzeba się trochę nakombinować. Sam aerograf nie ma tzw. „mięsa” w fakturze.

szymon_chwalisz_002
Foto: Szymon Chwalisz

Dlaczego aerograf? Czy to ma coś wspólnego z wspomnianym wcześniej graffiti?

Chyba tylko to, że jest to tak zwana technika pruszona. Graffiti to tak naprawdę oddzielny nurt. Jest to dość ekshibicjonistyczna forma sztuki i dla odbiorcy wydaje mi się też trochę nachalna. Obcujemy z efektami działania graficiarzy chcąc nie chcąc, chociaż na szczęście coraz mniej widuje się bezmyślnym bazgrołów, sprowadzających się do „obsikiwania” terenu przez psa. Dobrze, że graficiarze sami szanują swoją sztukę i swoje „płótna”.

Co jest najważniejsze w Twojej pracy?

Trudne pytanie… Spokój? Nie… Właściwie nie lubię jak jest spokojnie! Ciśnienie i adrenalina bardzo mnie napędzają! Dla mnie chyba najważniejsze są reakcje moich klientów odbierających pomalowane części. Nie zawsze to jest możliwe, bo większość kasków i motocykli dociera do mnie drogą pocztową, ale kiedy jest taka ewentualność, że jestem fizycznie przy odbiorze mojej pracy… To satysfakcja jest ogromna! Wiele razy zdarzyło się tak, że wielcy, wytatuowani i „groźni” motocykliści, uronili łzę lub całe wiadro, gdy zobaczyli, co im zmalowałem na ich cacuszkach! To jest największa nagroda i duma!

szymon_chwalisz_13
Foto: Szymon Chwalisz

Czyli motocykliści to jednak wrażliwi faceci. To budujące. Czy jakość aerografu, farby, ma znaczenie? Ile kosztują takie komponenty?

Ma znaczenie, i to bardzo duże. Ja pracuję w tej chwili na najdroższym, dostępnym na świecie sprzęcie. Może nie jest on jakoś super bardziej precyzyjny od tego tańszego, ale na pewno płynność i komfort malowania jest dużo większy. Profesjonalny aerograf to koszt rzędu 2000 – 2500 złotych, do tego cały osprzęt, kompresory itd… No nie jest to tani „sport”. Często młodzi adepci tej sztuki zadają mi pytania w rodzaju – jakich farb używam. A ja zawsze odpowiadam tak samo… Wszystkich!

Szczerze, to każda zabarwiona ciecz, która przejdzie przez tą mikroskopijną dyszę w aerografie, nadaje się do malowania. Wiadomo, że aby zachować najwyższą jakość pracy, warto używać dobrych farb renomowanych firm… Na szczęście takowe już w Polsce można nabyć.

szymon_chwalisz_10
Foto: Szymon Chwalisz

Jak dużo masz zleceń w miesiącu, roku? Co najbardziej kręci Cię w tej pracy?

Jak dużo mam zleceń? Musiałbyś zapytać się mojej managerki. Ja tylko maluję, a że zajmuje to siedem dni w tygodniu po kilka, czasem kilkanaście godzin… To chyba dużo! Dwa lata temu doliczyłem się na moim koncie trzystu namalowanych w różnych technikach portretów i… Od tamtego dnia przestałem liczyć… Może to dziwnie zabrzmi, ale ta praca tak często jak jest frajdą, tak samo często jest przekleństwem…

Kiedy po raz enty maluję wilka albo czaszkę, dostaje psychicznych palpitacji. Za każdym razem staram się namalować ten motyw inaczej, ale momentami ręce mi dosłownie opadają. Na szczęście coraz częściej moi klienci dają mi wolną rękę, lub sami, co jest jeszcze lepsze, mają świetne i bardziej odjechane pomysły ode mnie! Kiedy dwie kreatywne głowy się spotkają, to zazwyczaj wychodzi malowanie z efektem „WOW”!

szymon_chwalisz_11
Foto: Szymon Chwalisz

Jakich zleceń masz więcej? Kasków, motocykli? Wiem, że działasz też na innych polach…

Na to nie ma reguły. Czasami jest okres, kiedy maluje tylko kaski rajdowe, czasami maluję tylko motocykle, a jeszcze innym razem siedzę przy projektach na koszulki. Staram się sam siebie nie ograniczać. Wiadomo, że trzeba niestety patrzeć na finanse i te najbardziej opłacalne projekty biorę w priorytecie, ale nie mam problemów też z tym, żeby robić coś charytatywnie. Jak wiesz, od pięciu lat maluję dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, tzw. Woodstockowe Gitary, a poza tym biorę udział w wielu innych społecznych akcjach. Kaski i motocykle to tak naprawdę mój chleb codzienny.

Coraz częściej maluję ilustracje, właśnie na koszulki, projekty reklamowe, czy nawet – jak ostatnio, udało mi się zaprojektować i stworzyć malowaną okładkę nowej płyty zespołu BIG CYC. Jednak kiedy nadchodzi noc, a ja jeszcze widzę na oczy, siadam do sztalugi. I zaczyna się magia. Malarstwo olejne to takie moje sacrum. Wtedy puszczają wszystkie hamulce wyobraźni!

szymon_chwalisz_12
Foto: Szymon Chwalisz

To może zostaniemy przy profanum. Malujesz częściej dla posiadaczy maszyn, którzy też nie lubią hamulców? Mam na myśli posiadaczy motocykli sportowych. Czy raczej klasyki?

Jeśli chodzi o motocykle, to głównie maluję choppery i customy, chociaż ścigacze też się zdarzają. Motocykliści jeżdżący na ścigaczach często malują kaski. Ale ogólnie, nie ma reguły…

Pracujesz samodzielnie? Szkolisz swoich następców? Chciałem Ci pokazać taki mój jeden rysunek…

Może lepiej nie, jeszcze się uwstecznię. W zasadzie pracuję sam, choć korzystam z podwykonawców jeśli chodzi o przygotowanie czy wykończenie elementów. Dobry lakiernik, blacharz czy serwisant instrumentów… Na pewno przydają się, kiedy są w sąsiedztwie. Uczniów nie mam. Pojawiają się czasami pytania czy organizuję jakieś szkolenia, warsztaty.. Jakoś nikt na razie nie pokusił się na obcowanie ze mną w roli nauczyciela… Nie dziwię się, że się boją! Ha, ha, ha!

Wiesz co, ja chyba też się nie dziwię. A tak przy okazji, na pewno zdarzają Ci się klienci, których nie wspominasz najlepiej…

Jasne, że się zdarzają! Ale takie anegdoty chyba zostawilibyśmy na mniej oficjalne rozmowy… Gwarantuję, że brzuch by Ci odpadł ze śmiechu. Tak naprawę, jak już się trafią, to raczej jest śmiesznie niż strasznie. Jakby nie patrzeć, pracuję w branży usługowej, i co za tym idzie, nie zawsze wszystkim można dogodzić. Miałem taki dziwny przypadek, że firma kurierska zrzuciła na kask klienta fortepian albo coś równie wielkiego i nietypowego. Oczywiście kask uległ poważnemu uszkodzeniu. Niestety na wyrozumiałość i współpracę z człowiekiem nie mogłem liczyć, bo ten pan całą winę zwalił na mnie. No i zaczęła się jatka… Na szczęście uodporniłem się na takie sytuacje, ale jak wspomniałem, zdarza się to bardzo sporadycznie, a jeśli się już przytrafi, to zawsze staram się znaleźć takie rozwiązanie, żeby odbiorca był zadowolony.

szymon_chwalisz_003
Foto: Szymon Chwalisz

O pewnej sytuacji, o której mogę powiedzieć, i pewnie główny zainteresowany się nie obrazi, bo to mój dobry kumpel Zbyszek… W każdym razie kiedyś malowałem na jego motocyklu interpretacje obrazów Hieronima Boscha, a jak wiadomo nie był to grzeczny malarz. Na zbiorniku paliwa namalowałem świnię przebraną za zakonnicę, w uściskach jakiegoś młodego chłopca. Tematyka mocno kontrowersyjna, ale to przecież nie ja, lecz maestro Bosch. Ha, ha, ha! Zbyszek opowiadał mi kiedyś, że zaparkował swój motocykl, z tymże malowidłem, pod klasztorem. Przechodzące zakonnice zaczęły z przerażenia odmawiać różańce, potem wzięły leżącą na oparciu motoru, skórzaną kurtkę i zakryły nim zbiornik, by ich oczęta nie były narażone na te heretyczne treści.

Zapewne Zbyszek już za to odpokutował… Odnośnie Boscha, czy bywa, ze Twoja wizja bardzo się rożni od wyobrażenia klienta?

Wiesz, nie raz śmieję się, że musiałem nauczyć się być psychologiem i terapeutą w jednym. Dużo rozmawiam z klientami i staram się wyciągnąć od nich kwintesencję ich wizji. Czasami jest trudno. Zdarza się, że klient nie wie, czego chce… Ale chce! Wówczas walczę jak lew i odkopuję w głowie zleceniodawcy te najbardziej surrealistyczne wizje. W gruncie rzeczy to bardzo fascynujące zajęcie.

szymon_chwalisz_15
Foto: Szymon Chwalisz

No dobrze. Poproszę konkrety. Ile kosztuje u Ciebie pomalowanie baku, kasku, motocykla?

Odpowiem Ci bardzo dyplomatycznie, powołując się na Picassa: „Sztuka jest warta tyle, ile ktoś jest w stanie za nią zapłacić.” Widełki są bardzo szerokie, bo wszystko tak naprawdę zależy od skomplikowania wzoru. Nie mam ustalonej stawki godzinowej, więc rozmowa z klientem jest tutaj bardzo ważna. Powiem tak… Nie są to jakieś kosmiczne sumy. Czasami motocykliści wydają podobne kwoty na komplet kufrów do choppera… Zaznaczając oczywiście, że sakwy to produkt masowy. Malowanie na pewno do takich nie należy.

Potrafiłbyś z miejsca narysować na przykład fajne logo Inforiders.pl? Ile by Ci to zajęło? Od czego to jest uzależnione?

Taki happening? Ha, ha, ha! Pewnie, że tak! Nie wiem czy byłoby to najlepsze logo jakie stworzyłem w życiu, bo jeszcze nie odnalazłem recepty na hit, ale najpóźniej przy trzecim podejściu byłbyś zadowolony! Uzależnione jest to właśnie od złapania relacji z zamawiającym, wyczucia klimatu i toku myślenia… Później to już tylko trochę pierwiastka kreatywnego, szczypta rzemiosła, odrobina magii i voila!

Foto: Szymon Chwalisz

Okej, to może jak skończymy gadać, poproszę Cię żebyś spróbował poczarować. Tymczasem powiedz mi jeszcze, jaka jest trwałość takiego malowania w porównaniu do fabrycznie wykonanego kasku?

Patrząc na produkowane teraz kaski mam wrażenie, że trwałość jest lepsza niż fabryczna. Przygotowuję części bardzo skrupulatnie, bez żadnych półśrodków. Lakier bezbarwny jest wygrzewany. Widuję moje „jeżdżące malowidła” po sześciu, siedmiu latach, i stwierdzam, że nic się z nimi nie dzieje niepożądanego. Oczywiście zasada „jak dbasz, tak masz”, musi być wpisana w tę gwarancję.

Czy podejmujesz się również nietypowych zleceń, na przykład gdyby ktoś chciał namalować nagą Angelę Merkel na kasku? Co byś powiedział?

Takie wybieram głównie! Jestem najszczęśliwszy na świecie, kiedy mogę robić takie odjechane rzeczy! Kiedyś dostałem zlecenie na rysunek przypakowanego Muminka. Do tego ociekającego krwią, z piłą spalinową w ręce. Dla mnie bomba! Sam czasami, dla siebie, tworzę takie projekty i za każdym razem, kiedy wrzucam w internet takie wykręcone ilustracje, to ludzie po prostu szaleją. Co najgorsze, to wszystko na trzeźwo! Także, już się nie mogę doczekać na tę Angelę… Wyobraźnia zaczęła działać! Ha, ha, ha!

Okej, to skoro masz teraz taki doby humor, chciałem Ci jeszcze pokazać mój rysunek…

Wiesz co, właściwie to jestem jeszcze gdzieś umówiony… Praktycznie za chwilę. Muszę już lecieć!

Rozmawiał Andrzej Sitek

%d bloggers like this: