Tragedia Darcy’ego Warda to kontynuacja długiej listy nieszczęść w żużlu. Oto część najtragiczniejszych

Żużel dostarcza milionom kibiców na całym świecie wspaniałych emocji, ale jest także niezwykle niebezpieczny. Od czasów jego początku, który datuje się na pierwsze lata XX wieku, na skutek obrażeń na torze zmarło 338 zawodników zaś polskich rajdowców, którzy oddali życie na czarnych nawierzchniach, było ponad czterdziestu…

Znacznie liczniejsza grupa to zawodnicy, którzy doznali ciężkich obrażeń. Ostatni zdarzenie miało miejsce ledwo kilka dni temu, w niedzielę (23.08.2015). Australijczyk Darcy Ward, zawodnik Falubazu Zielona Góra, uległ koszmarnemu wypadkowi na końcowym okrążeniu ostatniego, piętnastego wyścigu wieczoru. Doznał bardzo poważnego urazu kręgosłupa.

Darcy Ward. Foto: Jarosław Pabijan / Newspix

Według lekarza Falubazu, Roberta Zapotocznego, rdzeń kręgowy zawodnika został dosłownie zgilotynowany. Darcy Ward przeżył, został przetransportowany za pomocą samolotu medycznego do Anglii, gdzie będzie bliżej rodziny i czeka go długa rehabilitacja. Czy kiedyś powróci do sportu?

Wszystko jest możliwe

Wszystko jest możliwe. To słowa Krzysztofa Cegielskiego, byłego zawodnika ekstraligi żużlowej, srebrnego medalisty Drużynowego Pucharu Świata 2001 i wicemistrza Polski seniorów sezonu 2002, którego pasmo sukcesów przerwało wydarzenie z czerwca 2003. Był to mecz szwedzkiej ligi.

Podobnie jak w przypadku Warda, fatalne w skutkach zderzenie miało miejsce podczas ostatniego, piętnastego wyścig wieczoru, w którym Cegielski w ogóle nie miał wystąpić. Ostatecznie udało mu się przekonać trenera, który dla Cegielskiego wykluczył z biegu innego polskiego żużlowca, Wiesława Jagusia.

Mecz toczył się bez przeszkód do czasu, gdy jeden z zawodników uderzył w tył motocykla Cegielskiego. Aby ratować się przed czołowym zderzeniem z bandą, żużlowiec zeskoczył z siodełka, niestety tuż pod koła rozpędzonej maszyny amerykańskiego zawodnika Ryana Fishera. Dwukołowa bryła stali dosłownie wgniotła Polaka w bandę, co spowodowało obrócenie dwunastego kręgu o 180 stopni.

Krzysztof Cegielski z żoną. Foto: Piotr Pędziszewski

W wyniku tego urazu Cegielski utracił władzę w nogach. Dzięki nieprawdopodobnej sile woli i bolesnej, wieloletniej rehabilitacji, na motocykl udało mu się ponownie wsiąść po ośmiu latach, co i tak jest niesamowitym wyczynem. Dziś porusza się z pomocą balkonu, ale jest szczęśliwym mężem koszykarki Wisły Kraków, Justyny Żurowskiej, udziela się także na polu zawodowym, piastuje stanowisko prezesa Stowarzyszenia Żużlowców „Metanol”, które reprezentuje polskich zawodników tej dyscypliny.

Człowiek ze stali

O walce ze sobą i przeciwnościami wiele mógłby powiedzieć również inny polski rajdowiec, Rafał Wilk, który w maju 2006 roku, podczas spotkania krośnieńskich Wilków z GTŻ Grudziądz, zahaczył o bandę i upadł na tor. Uderzenie o podłoże nie spowodowało większych obrażeń, ale leżącego zawodnika nie zdołał ominąć jego klubowy kolega Martin Vaculik, który przejechał po plecach Wilka.

Efektem urazu kręgosłupa był paraliż ciała od pasa w dół. Historię zmagań żużlowca, jego wysiłków i prób powrotu do zdrowia pięknie obrazuje film, pt. „Rafał Wilk – człowiek ze stali”. Wart dodać, że Wilk, podobnie zresztą jak Cegielski, nigdy się nie poddał. W nowym życiu zajął się jazdą na handbike, rodzajem roweru, który napędzany jest siłą ramion a nie nóg. Rafał Wilk jest podwójnym mistrzem paraolimpijskim tej dyscypliny sportu.

Śmierć zagląda w oczy

Doświadczeni przez los zawodnicy pokroju Cegielskiego i Wilka prezentują niezwykły hart ducha, jedna niekiedy kostucha nie daje rajdowcom żadnej szansy. Ostatnia tragedia z udziałem polskiego żużlowca miała miejsce w czerwcu ubiegłego roku, na belgijskim, lodowym torze w Heysden-Zolder.

Grzegorz Knapp jeździł w lidzie holenderskiej, w barwach Lelystad Windmills. Upadek miał miejsce podczas piątego biegu. Polak ostro walczył o prowadzenie z Niemcem, Maxem Dilgerem, i w pewnym momencie obie maszyny szczepiły się. Pech chciał, że motocykl Knappa został wyrzucony w górę i wraz z motocyklistą uderzył w płot, który na tym odcinku nie posiadał pneumatycznej bandy. Wychowanej GKM Grudziądz był reanimowany przez 40 minut. Ratownikom nie udało się przywrócić akcji serca.

Grzegorz Knapp. Foto: PAP

Śmierć Knappa była tym bardziej bolesna, że przez kilka lat wypadki śmiertelne nie zdarzały się wśród polskich rajdowców. Wcześniejszy miał miejsce w połowie 2011 roku, kiedy to młody, zaledwie siedemnastoletni Arkadiusz Malinger przewrócić się podczas treningu na gnieźnieńskim torze. Pechowe okazało się najechanie na zawodnika przez motocykl innego żużlowca. W wyniki tego zdarzenia chłopak został złamania kręgosłupa szyjnego i poważnych obrażeń głowy. Zmarł po przewiezieniu do szpitala.

Najczarniejsze lata żużlu

Najgorsze lata polskiego żużlu? Było ich kilka, między innymi rok 1993, kiedy w Zielonej Górze na torze Falubazu zginęło dwóch żużlowców, Artur Pawlak i Andrzej Zarzecki, i to niemal jeden po drugim, na przestrzeni dwóch miesięcy, jednak najgorszy dotąd był 1974 rok.

41 lat temu aż czterech zawodników polskie ligi oddało życie na torach. Pierwszy w sezonie 74 zginał dwudziestoczteroletni Zbigniew Malinowski z Polonii Bydgoszcz, który 7 kwietnia, w Chorzowie na Stadionie Śląskim, uderzył w słupek wspornikowy. Zginął na miejscu.

Kolejna tragedia rozegrała się 7 sierpnia na bydgoskim torze, podczas treningu szkółki. 17-letni Janusz Lament próbował pokonać wiraż ślizgiem kontrolowanym, ale upadł i złamał kilka kręgów szyi. Zmarł tego samego dnia.

Zaledwie kilka dni później odszedł Jerzy Białek, który okrył żałobą żużlowy Gdańsk. Do tragicznego zdarzenia doszło w Rzeszowie 11 sierpnia 1974 roku podczas spotkania miejscowej Stali z Wybrzeżem Gdańsk w ramach rozgrywek II ligi. Białek próbował wyprzedzić innego zawodnika i uderzył przednim kołem w tył motocykla rywala. Wypadł na prawo i uderzył w bandę. Zmarł w szpitalu. Do tej pory w Gdańsku odbywa się memoriał poświęcony jego pamięci.

Ostatni tragiczny wypadek w czarnym sezonie 74 wydarzył się na opolskim torze, na którym zginął świetnie zapowiadający się Gerard Stach. Rajdowiec brał udział w towarzyskim zawodach z Automobilklubem Koprovinca, rozegranych 13 października 1974. 22-letni zawodnik, który zaledwie kilka dni wcześniej wywalczył Srebrny Kask, wywrócił się na wirażu i został najechany przez dwóch rywali, co spowodowało pęknięcie śledziony i wątroby. Zmarł trzy godziny później nie odzyskawszy przytomności.

Niechlubny rekord Rzeszowa

Czy w ponurych statystkach śmiertelnych wypadków na polskich torach można dostrzec jakiś wzór? Zauważalny jest jeden. Czarną listę otwiera Rzeszów. Na torze Stolicy Podkarpacia życie oddało dziewięciu zawodników, a najmroczniejszym okresem były lata 1970 do 1978, w którym na rzeszowskim torze zginęło aż sześciu żużlowców.

Czy można było uniknąć tych wszystkich wypadków i szalejącej śmierci? Przez dziesięciolecia wiele w sporcie żużlowym się zmieniło. Nie trafiają się już takie kurioza, jak schody tuż przy torze, w które uderzył i zginął na miejscu Zbigniew Raniszewski. Po ostatnim wypadku Warda, rozgorzała dyskusja o konieczności wprowadzenia obowiązki noszenia kołnierzy chroniących górną część kręgosłupa.

Wielu specjalistów zwraca również uwagę na niemożliwie wyżyłowane silniki motocykli, które nie dają zawodnikom czasu na reakcje w kryzysowych momentach. Na pewno sporo można też zrobić z kwestii band i bardziej elastycznych, pochłaniających energię kinetyczną ogrodzeń.

Czy śmierć w żużlu można wyeliminować? W najbliższym czasie zapewne nie. Wypadki nadal będą się zdarzały, ale żużel przetrwa, bo kibicie i zawodnicy kochają ten sport. To na pewno się nie zmieni.

%d bloggers like this: